czwartek, 24 marca 2016

W kręgu chińskich piramid


Mimo wielu spekulacji na temat istnienia legendarnych piramid w Chinach, tamtejszy aparat polityczny nigdy nie chciał zainteresować się rzetelnym zbadaniem możliwości istnienia takich budowli na terenie tego kraju. Chinscy archeolodzy zaprzeczają oficjalnie ich istnieniu. Tymczasem pewne świadectwa fotograficzne dowodzą – w rzeczy samej – że chińskie piramidy to nie zwykły humbug.
Co więcej, ich struktura jak żywo przypomina egipskie oraz amerykańskie piramidy, mając na względzie przede wszystkim ich wiek, rozmiar oraz znaki szczególne.

W 1920 historyk Henri Cordier pisał: ,,Starożytny świat Chin pozostaje dla nas, jak i jej mieszkańców, wielką zagadką. Pomału zgłębiamy ową fascynującą przeszłość niczym na podobieństwo okoliczności odkrycia egipskich piramid. Chińscy historycy omijali temat swoich wielu rodzimych dawnych budowli, stojących kamieni oraz innych monumentów”. Mając na względzie rozległy obszar terytorialny Chin, kraj ten wciąż skrywa przed nami wiele tajemnic. Tym niemniej szeroko udokumentowana historia starożytna Chin ma w zanadrzu ,,swoje małe sekrety”, o których oficjalnie nie piszę się w podręcznikach historii. Niektóre plotki głoszą, że w pewnych odizolowanych rejonach Chin istnieją ,,prawdziwe” piramidy”.

Jedna z takich piramid została sfotografowana w 1946 r. przez porucznika Maurice’a Sheehan’a z samolotu DCS. Jego sensacyjna opowieść została po raz pierwszy wydrukowana na łamach marcowego numeru The New York Times tego samego roku. Według relacji Sheehan’a zauważona przez niego z samolotu piramida mogła mieć wymiary: 300/450/450 m. Następnego dnia historia ta znalazła swój finał w gazecie Los Angeles Daily Express, gdzie – oprócz szczegółowego opisu wyglądu piramidy – znalazła się także jej fotografia. Kilka dni później Associated Press otrzymało list autorstwa ,,autorytetów w tej dziedzinie badawczej” z rejonu Nankin, którzy uznali, iż ,,serwowanie w prasie takich rewelacji jest zwykłym kłamstwem, które nie ma pokrycia w żadnych dowodach”. Świadectwo Sheehan’a wkrótce musiało zmierzyć się z ostrzem kolejnej krytyki. Wielu późniejszych historyków i archeologów uznało, że Sheehan zwyczajnie wyolbrzymiał swoją opowieść. Francuski autor Patric Ferryn stwierdził: ,,Publikowane zdjęcia definitywnie nie przedstawiają kształtów, które moglibyśmy uznać za kształt piramidalny. Podane w publikacji wymiary zostały ewidentnie błędnie oszacowane. Zdjęcia przedstawiają prawdopodobnie jakieś sklepienie grobowca. Definitywnie wszystko na to wskazuje”. Lata 50 – te i 60 – te ujawniły jeszcze wiele innych ,,rytualnych grobowców” i ,,sztucznych wzgórz” bardzo przypominających z wyglądu piramidy. Poniewczasie znalazły się one pod lupą zainteresowania wielu badaczy. Bruce Cathie (autor wielu książek o tematyce ufologicznej i nie tylko) wyrażał swój duży entuzjazm chińskimi piramidami. Swoje wyniki badań opisał szczegółowo w książce The Bridge to Infinity. Największym zaskoczeniem dla Bruce’a było to, że oficjalnie władze nie interesowały się tajemniczymi budowlami z prowincji Shensi, a wszelkie uwagi na temat domniemanych piramid spotykały się tylko z kpiną i powszechną ignorancją.

W liście z 1 listopada 1978 r adresowanym do Cathie' ego napisanym przez chińskich badaczy zagadek historycznych, można było przeczytać, że ostatecznie budowle były niczym innym, jak grobowcami cesarzy z zachodniej dynastii Han. We fragmencie możemy przeczytać, że ,,grobowce nie były nigdy szczególnie analizowane i nie stwierdzono na nich żadnych cech szczególnych, które mogłyby świadczyć, że są to piramidy”.

Piramida Żółtego Cesarza


Mimo takich uwag wciąż istnieją pewne świadectwa historyczne, które wynoszą chińskie piramidy na piedestał autentycznych budowli. Głowa rodu Tsi’in, Che Houang – ti (,,Żółty Cesarz”), zapisał się dla Chińczyków w kartach historii jako postać wyjątkowa. Zbudował Chiński Mur zawierzając wyroczni, która głosiła, że Chiny zaatakują ,,barbarzyńcy” oraz dokonał zjednoczenia podzielonego królestwa w jedno zespolone państwo. Historia cesarza zyskała ponownie na znaczeniu w 1974 r. na skutek znalezienia jego podziemnego mauzoleum. Spoczywało w nim około 8000 wojowników wykonanych z terakoty, którzy zostali pochowani w pozycji walecznej i uważa się, że służyli jako symboliczna ochrona zmarłego cesarza w swojej nowej egzystencji oraz mieli za zadanie nieść pomoc zmarłemu cesarzowi w uzyskaniu władzy w życiu pozagrobowym. Historyk Sseuma Tsi’ien (135 – 85 p.n.e.) pisał, że Cesarz zjednoczył Chiny i zniszczył wszystkie starożytne zapiski jako świadectwo nowej ery, na którą przyszedł wreszcie czas. Na szczęście niektóre stare księgi zachowały się, głównie w taoistycznych świątyniach. Zgodnie z niektórymi zachowanymi pisemnymi świadectwami, Che Houang – ti wynajął ponad 70 tyś osób do budowy piramidy w Lin-t’ong, między Hnan a Si-ngan. Podczas słynnej ekspedycji Segalen’a (francuskiego doktora, etnografa i odkrywcy) w 1913 r. zmierzono po raz pierwszy budowle postawioną przed wiekami przez Che Houang’a i ustalono, że miała wysokość 48 m. Jeden jej bok miał 350 m, więc aż o 120 m był dłuższy niż bok Piramidy w Gize. Z kubaturą powierzchni 1960000 tyś. metrów byłaby to jedną z czterech największych piramid na świecie.


Cesarz prawdopodobnie zmarł w 210 r p.n.e. Kiedy wraz z nim pochowano wszystkie wielkie kosztowności władcy, zadecydowano także o pogrzebaniu żywcem wszystkich pracujących przy budowie piramidy robotników, tak aby nikt nie zdradził jej lokalizacji. Na jej powierzchni zasadzono rośliny, tak aby wszyscy sądzili, że jest to zwykłe naturalne wzniesienie.


Wyprawa Segalen’a pozwoliła odkryć o wiele więcej piramid i obiektów sakralnych w obszarze przyległym do rzeki Wei. Wiek tajemniczych budowli przypisano do okresu dynastii Han. W związku z tym, że odkrycia dotyczyły stosunkowo ,,świeżych” budowli, naukowcy woleli ograniczyć się w ich nazewnictwie do określeń ,,kopce sakralne” niż szafować w naukowych publikacjach terminem ,,piramida”. Choć nie da się ukryć, że pewne źródła informacji wskazywały, że istniały też megalityczne grobowce o podstawie czworokątnej o zacznie wyższych wymiarach z odległych czasów starożytnych.

Piramidy z ziemi i gliny

Inni podróżnicy - Fred Meyer Schroder wraz z Oscar’em Maman’em - odbyli podróż w 1913 r. do Shensi – miejsca uchodzącego za ,,kolebkę chińskich piramid”. Celem ich wyprawy był nie tylko handel tytoniem i świecami z miejscową ludnością, ale także dilerstwo bronią. Ich przewodnikiem wzdłuż granicy mongolsko – chińskiej był pewien mnich, Bogdo. Przewodnik poinformował ich, że znajdują się na obszarze, gdzie od wieków krążą legendy o starożytnych piramidach. Choć on sam ich nigdy osobiście nie widział, to doskonale się orientował, że można się na niektóre z nich natknąć w pobliżu Sian - Fu. ,,Góry tak wysokie, że sięgające aż do nieba. Nie są to zwykłe miejsca pochówku, choć wielcy władcy mogli być chowani w ich wnętrzu.” Dzięki Bogdo wyprawa dwóch podróżników dotarła do siedmiu piramid.

Schroder obliczył, że najwyższa mierzyła 300 m wysokości, a jej boki miały po 500 m. długości. To oznaczało, że piramida była największą na świecie, dwa razy większa niż Piramida w Gizie. Objętość była aż 20 razy większa niż najsłynniejsza egipska budowla. Piramidy wybudowano na planie północ – południe/ wschód – zachód.

,,W przeszłości były najwyraźniej częściowo pokryte kamieniami, ale te obsunęły się zbiegiem czasu w dół. Wiele kamieni poniewierało się na ziemi wokół góry. Prawdopodobnie materiałem budowlanym była glina. Ona była powodem obluzowania się i obsunięcia w dół zewnętrznego materiału kamiennego. Świadczyły o tym wielkie otwory po bokach. Górę porastają teraz bujnie drzewa i krzewy. Przez co sama budowla wygląda na pierwszy rzut oka jak naturalne wzniesienie. Objechaliśmy całą piramidę wzdłuż i wszerz, ale nie odnaleźliśmy żadnych schodów ani drzwi.” – opowiadał Schroder.

Bogdo zapytany o wiek budowli, stwierdził, że mogła mieć co najmniej 5 tyś lat. Satelitarne zdjęcia wykonane przez US Air Force wokół Xian, ukazują przynajmniej 16 budowli ,,piramido – podobnych”. Xian, dawniej starożytny Sian – Fu, obecnie jest zamieszkały przez 6 milionów ludzi. Jest o wiele starszy niż Peking (Beijing). Niegdyś był on stolicą Cesarstwa, przez co zdobył przydomek ,,pępka chińskiej cywilizacji”.

Czyżby legendarna ,,Biała piramida" ?

Okoliczności odkryć niektórych piramid były całkiem przypadkowe. Przykładowo Hartwig Hausdorf – skądinąd znany poszukiwacz starożytnych budowli w Chinach - natknął się na ślady starożytnego monumentu w kształcie piramidy jadąc jedną z dróg z lotniska w Xian w stronę swojego hotelu. Ruiny piramidy znajdowały się tuż przy drodze i zostały odkryte kilka lat wcześniej podczas prac remontowych. Haussdorf od dawna fascynował się starożytną historią Chin, zaś tematyka piramid w tym kraju była jego prawdziwym konikiem. W październiku 1994 r. Haussdorf wspiął się na szczyt jednej piramidy i był w stanie dojrzeć w okolicy 20 innych wzniesień o domniemanie piramidalnym pochodzeniu.

Najbardziej zdumiewające w tym wszystkim jest to, że niewielu zdaje sobie sprawę z istnienia w rejonie Xian piramid. ,,Chiny mają jeszcze wiele tajemnic, a miejscowa ludność często nie zdaje sobie sprawy z istnienia wokół nich starożytnych piramid. Mogę nazwać się wielkim szczęściarzem, że otrzymałem przywilej możliwości wejścia do niektórych niedostępnych dla turystów stref. Niewielu obcokrajowców doświadczyło takiego zaszczytu. Bez wątpienia podstawą do tego było to, że od wielu lat odwiedzam ten kraj i jestem przewodnikiem dla turystów, co zaowocowało możliwością poznania wielu ciekawych ludzi. W 1993 r. miałem przyjemność zawiązać znajomość z Chen Jianli, zapalonym badaczem zagadek przeszłości swojego kraju. Chen darząc mnie dużą sympatią, zagwarantował mi szansę otworzenia przede mną wielu drzwi w chińskim Ministerstwie Turystyki normalnie niedostępnych dla nikogo z zewnątrz. Dzięki temu dano mi przepustkę do ,,zamkniętych” dla turystów stref w prowincji Shaanxi. Rozmawiałem z wieloma archeologami, którzy z początku odnosili się sceptycznie do moich odkryć, ale później przyznali mi rację. Moja książka Die Wiesse Pyramide (Biała piramida) została przez wielu z nich bardzo pozytywnie odebrana.”. – opowiadał Hausdorf.

Aby nie co bliżej zobrazować proces przebijania się Hausdorfa ze swoimi dowodami do chińskiego akademickiego kręgu uczonych należy zacząć od tego, że w marcu 1994 r. Hausdorf poznał prof. Feng Haozhang (prominentnego członka akademickich kręgów z Bejing), jego asystenta Xie Duan Yu oraz trzech innych uczonych. Z początku wszyscy nie dowierzali w istnienie w Chinach piramid. Ale kiedy Hausdorf pokazał im trzy różne fotografie przedstawiające trzy różne piramidy, szybko zmienili swoje zdanie. Hausdorf ową swoistą transformacje opisał następująco: ,,To było tak, jakbym wszedł do ula z pszczołami. Fotografie, jakie wykonałem w marcu i październiku 1994 r. są najlepszym dowodem, że krążące od dawna opowieści o piramidach są prawdziwe. Większość naukowców jest co do zasady sceptyczna. Jeśli chcesz kogoś przekonać, wystarczy, że pokażesz mu moje zdjęcia.”

Chiny nie dają się zbyt łatwo odrzeć ze swoich tajemnic. Wiele piramid wciąż pozostanie poza zasięgiem lokalnej archeologii. Budowle znajdują się w zamkniętych strefach, do których niewielu ma dostęp. Hartwig Hausdorf twierdzi, że w Chinach istnieje ogółem 100 piramid. Wiele z nich to tzw. piramidy ziemne, zrobione z gliny. Są więc narażone na uszkodzenia przez erozję.

Zapomniana fotografia


Spośród całego mrowia świadectw potwierdzających ich istnienie, szczególnie jedno wciąż spędza sen z oczu sympatykom chińskich starożytności. Pod koniec II wojny światowej pilot James Gaussman kursując swoim samolotem pomiędzy Chinami a Indiami jako lotniczy kurier całkiem przypadkiem natknął się na legendarną ,,białą piramidę”, gdy musiał nieoczekiwanie zboczyć ze swojego regularnego kursu z powodu problemów technicznych z silnikiem. Kiedy wyleciał w nieznany mu obszar, natknął się na gigantyczną białą budowlę. Ekstremalnie duża stożkowata ,,góra” była jakby wykonana z białego kamienia albo metalu. Co więcej, jej szczyt wieńczyło coś w rodzaju kamienia – klejnotu. ,,Przez moment chciał spróbować gdzieś wylądować w pobliżu, ale nigdzie nie było możliwości aby bezpiecznie posadzić samolot na ziemi” – wspominał później swoją historię James.

Gaussman wykonał kilka kółek w powietrzu wokół budowli oraz serie zdjęć tym samym aparatem, którym fotografował rozmieszczenie wrogich wojsk. Kiedy przekazał swoje zdjęciowe dowody władzom amerykańskim po szczęśliwym lądowaniu w indyjskiej bazie Assam, liczył na ich duży rozgłos. ,,Nic nie było wokół piramidy, tylko ta budowla w totalnym pustkowiu. Myślę, że jest to piramida sięgająca korzeniami aż do starożytności. Kto ją zbudował ? Po co ? I co było w jej środku ?” Nigdy nie udało się zlokalizować położenia ,,białej piramidy Hausdorf’owi. Wielu innych badaczy po nim bezskutecznie drążyło nieznane zakątki Chin. ,,Biała piramida” wciąż pozostaje legendą. Fotografia Gaussman’a została zaszufladkowana na wiele lat w wojskowym archiwum i po 40 latach ujrzała znów światło dzienne w książce ,,Twarz na Marsie” pióra Brian’a Crowley’a Kto ją zbudował ? Bruce Cathie twierdzi, że zna odpowiedź na to pytanie. Odnosząc się do matematycznych konotacji, twierdzi on, że istnieje alchemiczny związek pomiędzy egipskimi piramidami w Gizie a najwyższą piramidą w prowincji Shensi. Rozmieszczenie piramid w Gizie wzdłuż Nilu bardzo przypomina ułożenie piramid w Shensi. Widać w nich złote zasady proporcji odnajdywane również w egipskich budowlach. Cathie uważa, że to koronny dowód na to, że budowniczymi piramid byli ci sami ludzie.

Hartwig Hausdorf wierzy, że chińskie piramidy mają swoje astronomiczne podłoże i można je datować na 1500 – 500 p.n.e. Te – często monumentalne – starożytne komory grobowe, szczególnie w pobliżu miasta Xian dość mocno nadgryzł już ząb czasu. Wynika to z tego, że chińscy budowniczowie stawiali swoje konstrukcje z ziemi i gliny, a nie z litego kamienia. Wiele z nich znajduje się na zamkniętym obszarze. Czy kiedykolwiek uda się poznać ich prawdziwą genezę ?

Zrodlo: http://czastajemnic.blogspot.com/2014/04/w-kregu-chinskich-piramid.html

poniedziałek, 14 marca 2016

Historia Rusi i Hyperborea


“Północ – to specjalne miejsce spotkania innych Światów „
Nostradamus

Proponujemy wam materiał, przygotowany z książki doktora nauk filozoficznych Walerija N. Demina “Hyperborea. Historyczne korzenie narodu Rosyjskiego”

Rosjanie – naród Hyperborejski

Hyperborea (inaczej Arktyda) – pramatka całej kultury światowej, kraj znana nam z najstarszych manuskryptów. Położenie – północ Eurazji. Nie wypada mieć wątpliwości, że starożytna Hyperborea ma bezpośredni związek z historią starożytnej Rosji, a naród rosyjski i jego język związek z zaginioną legendarną krainą Hyperborejczyków. Nie bez powodu przecież Nostradamus w swoich “ Centuriach ” nazywał Rosjan “ narodem Hyperborejskim „. Z nauk ezoterycznych wynika, że Hyperborea od dawna jawiła się jako najbardziej tajemnicze miejsce na planecie, a mądrzy Hyperborejczycy posiadali ogromnym ilość wiedzy, nawet bardziej zaawansowaną, niż współczesna cywilizacja.

Naukowe potwierdzenia (dowody)

Rosyjskimi oceanografowie i paleontolodzy ustalili, że w okresie od 30 do 15 tysiąclecie pne. klimat Arktyki był łagodny, a Ocean lodowaty na północy ciepły, mimo obecności chłodu na kontynencie. Akademik A.Triesznikow obliczył, że jeszcze 10000 lat temu grzbiety Łomonosowa i Mendelejewa wznosili się nad powierzchnią oceanu Lodowatego. Lodu nie było, a morze było ciepłe. Do takich samym wniosków doszli amerykańscy i kanadyjscy naukowcy, licząc, że na środku północnego Oceanu lodowatego istniała strefa łagodnego klimatu, sprzyjająca życiu.

Migracja ptaków

Przekonującym dowodem sprzyjającego klimatu istniejącego w przeszłość, są coroczne migracje ptaków przylatujących na Północ — genetycznie zaprogramowana pamięć o ciepłej praojczyźnie powoduje cykliczne powroty do ojczyzny przodków.


Mapa współczesnego dna Północnego Oceanu Lodowatego

Na mapie współczesnego dna oceanu Lodowatego dobrze widać zarysy ogromnego płaskowyżu pociętego przez doliny rzek, linie brzegowe, jak gdyby ten kontynent istniał jeszcze całkiem niedawno wznosząc się nad wodami oceanu. Zarysy tego płaskowyżu po nałożeniu na mapę Hyperborei Gerarda Merkatora mają bardzo wiele zadziwiających podobieństw, które w żaden sposób nie można wytłumaczyć przypadkiem…

Kamienne Budowle

Świadectwem istnienia w północnych szerokościach starożytnej wysoko rozwiniętej cywilizacji są pojawiają się wszędzie potężne kamienne budowle i pomniki: słynny Stonehenge w Anglii, aleja megalitów we francuskiej Bretanii, kamienne labirynty w Skandynawii, monumenty półwyspu Kolskiego i Wysp Sołowieckich. Latem 1997 r. ekspedycja ornitologiczna w nadmorskim rejonie Nowej Ziemi odnalazła podobny labirynt. Średnica kamiennej spirali wynosiła około 10 metrów, i wyłożona była płytami łupkowymi o wadze 10 — 15 kg. To wyjątkowo ważne znalezisko:
dotychczas nikomu jeszcze nie udało się opisać takiego labiryntu i na takiej szerokości geograficznej. Ślady ludzi odnajdywane są wszędzie – i w okręgu Leningradzkim (Petersburskim), i w Jakucji, i na Nowej Ziemi.

Świadectwa starożytnych historyków

Świadectwa legendarnej krainy, opiewanej przez poetów, można znaleźć u starożytnych historyków. Jednak, gdzie i w jakich czasach ona istniała, tak naprawdę nie wiadomo. Większość badaczy skłania się, że cywilizacja Hyperborei istniała – 15-20 tysięcy lat temu. Mimo tak zamierzchłej przeszłości, ten zadziwiający naród, jak sądzą naukowcy, posiadał w swym arsenale obiekty latające, przy pomocy których, wykorzystywano fotografię lotniczą, tworząc na przykład, mapę Antarktydy.


Słynny Stonehenge w Anglii i inne kamienne budowle o wielkiej mocy mówią o istnieniu na Północy w starożytności
wysoko rozwiniętej cywilizacji

Mapa Hyperborei

Czy są wiarygodne informacje, potwierdzające sam fakt istnienia zadziwiającego kraju? Jeden z możliwych dowodów przedstawiono na starych rycinach. Najwiarygodniejszy z nich – mapa angielskiego żeglarza Gerarda Merkatora, wydana w 1595 roku. Na mapie w centrum przedstawiono legendarny kontynent Arktyda, wokół – wybrzeże oceanu Północnego z całkowicie rozpoznawalnymi wyspami i rzekami. Właśnie te szczegółowe opisy północnego wybrzeża Eurazji i Ameryki dają podstawowy argument na rzecz autentyczności tej mapy. Na mapie Merkatora, opartej na jakiejś starożytnej wiedzy, Hyperborea przedstawiona jest dość szczegółowo w charakterze archipelagu z czterema ogromnymi wyspami, oddzielonymi od siebie nawzajem głębokimi rzekami. W centrum znajduje się wysoka góra. Według niektórych źródeł, wszechświatowa góra praprzodek narodów indoeuropejskich – znajdowała się na biegunie północnym i była centrum przyciągania całego niebiańskiego i podniebnego świata. Co ciekawe, że zgodnie przeciekiem do prasy, w rosyjskich wodach oceanu Lodowatego rzeczywiście istnieje podwodna góra, praktycznie osiągająca pokrywę lodową (są podstawy aby przypuszczać, że jest ona, jak wspomniano powyżej, grzbietem pogrążonym w morzu stosunkowo niedawno). Na mapie przedstawiono także cieśninę między Azją a Ameryką, odkrytą w 1648 r. przez rosyjskiego kozaka Siemiona Dieżniewa. W 1728 r. cieśninę pokonano ponownie a dokonała tego ekspedycja na czele z Vitusem Jonassenem Beringiem na cześć, którego nazwano później cieśninę. Nawiasem mówiąc, wiemy, że kierując się na północ, Bering zamierzał odnaleźć Hyperboreę, znaną mu z klasycznych pierwszych źródeł. Nasówa się pytanie – skąd Bering miał mapę Merkatora? Być może, z tego samego źródła, skąd czerpał swą wiedzę Kolumb, udający się w jego sławną wyprawę bynajmniej nie kierowany intuicją, a dysponujący wiedzą zdobytą z tajnych archiwów.


Mapa Merkatora 1595 rok z legendarnym kontynentem Arktyda

Tajemnice Gerarda Merkatora

Skąd u wielkiego flamandzkiego kartografa Gerarda Merkatora, żyjącego w XVI wieku mapa, na której szczegółowo naniesiono zarysy północnej części kontynentu azjatyckiego? W tym czasie terytorium to było jeszcze całkowicie nie znane nikomu z Europejczyków i w ogóle nie badane przez żyjących wtedy ludzi. Mapy Azji znalazły się w rękach Merkatora, jak wcześniej mapy Ameryki w rękach Kolumba z imperium osmańskiego po zdobyciu Bizancjum, a tam przechowywano je jeszcze od czasów Starożytnej Grecji. Na mapie, należącej do tureckiego admirała Piri Reisa i datowanej na 1513 rok, istnieją Ameryka Południowa i Antarktyda, odkryta przez Europejczyków znacznie później. Turecki admirał na piśmie stwierdził, że ta stara mapa pochodzi jeszcze z czasów Aleksandra Macedońskiego. Sądząc po tym w ręce starożytnych Greków mapy owe dostały się dzięki samym Hyperborejczykom i Atlantom, którzy porzucili swoje ojczyzny po jakiejś wyniszczającej ich katastrofie. W kalendarzach Egipcjan, Asyryjczyków i Majów katastrofa, niszcząca Hyperboreę, datowana jest na rok 11542 pne.

Hyperborea – Historia Rusi

Pytanie: jaki stosunek to wszystko ma do historii Rusi i do rosyjskiego światopoglądu? Ano taki: przytłaczająca większość wydarzeń historycznych, wspomnianych w starożytnych źródłach, dzieje się w północnych szerokościach kontynentu Eurazji, głównie, na terytoriach współczesnej Rosji, zwanych w starożytności Hyperboreą. W rosyjskim folklorze zachowała się pamięć o cudownym młynie — symbolu wiecznej obfitości i szczęścia. Ten – znany motyw o czarownych żernowkach(?), bohater opowieści zdobywa w niebie wspinając się tam po pniu i gałęziach ogromnego dębu (Światowego Drzewa). Są podstawy sądzić, że większość epizodów czarodziejskich bajek, związanych ze szczęśliwym życiem i pomyślnością (szczególnie na końcu) jako archetyp Złotego Wieku, zachowany (bez względu na czyjąkolwiek wolę i życzenie) w pamięci zbiorowej narodu o szczęśliwej przeszłość i przekazywany z pokolenia na pokolenie.


Porównajcie współczesne zdjęcie Arktyki z kosmosu z mapą Merkatora 1595 r.

Złote Carstwo (Królestwo) Słowian

W klasycznej słowiańskiej mitologii dostatku pojawia się znamienity obrus-samobranka, a także obraz Złotego lub kwiecistego Królestwa o którym opowiadanie jest poprzedzone wstępem o miejscu mlekiem i miodem płynącym. Rosyjskie opowieści o Słonecznym królestwie, które znajduje się na końcu świata, również stanowi wspomnienie o starodawnych czasach kiedy nasi przodkowie stykali się z Hyperborejczykami i sami nimi byli. Legendarne Słoneczne królestwo ma i współczesnie ścisłe geograficzne położenie. Jedno z najstarszych ogólnoindoeuropejskich nazw Słońca – Koło (stąd i “pierścień „, i “ koło” i “ dzwon „). W starożytności odpowiadało mu pogańskie słoneczne Bóstwo Koło(Kolo)-Kolada, na cześć którego obchodziło się święto kolędowania (dzień zimowego słonecznego przesilenia) gdzie śpiewano starosłowiańskie pieśni – hymny – kolędy (kolady), noszące ślad hyperborejskiego światopoglądu.

Półwysep Kolski Koliady Słońceboga

Nazwa ta pochodzi od imienia starożytnego Sołńceboga Koło-Koliady, od tego pojawiła się nazwa rzeki Koli i całego półwyspu Kola. Tam właśnie nad brzegiem morza znaleziono ponad 10 kamiennych labiryntów (średnicy do 10 m), kształtem przypominały te rozrzucone po całej rosyjskiej i europejskiej północy ze słynnym labiryntem minotaura. Obok nich znajdują się górki (piramidki) z kamieni, które spotkać można we wszystkich zakątkach świata obok klasycznych egipskich i Amerykańskich piramid także z usypanymi kopcami, stają się przypomnieniem polarnej prarodziny i góry Meru, położonej na biegunie północnym. Zadziwiające, że w ogóle zachowały się kamienne spiralne-labirynty i piramidy na rosyjskiej Północy. Do niedawna mało kogo one interesowały a klucz do zrozumienia ukrytego w nich sensu został zagubiony.

Pomniki Hyperborei

Hyperborea podobnie słynna, jak i jej geograficzna siostra – Atlantyda. Oba – ogniwa jednego łańcucha, los obu ten sam: zginęły wskutek potężnego naturalnego kataklizmu. Pomimo tego kataklizmu i wstrząsów na Ziemi, zawsze pozostają niezniszczalne ślady. Po pierwsze, cudem zachowane świadectwa ze źródeł antycznych – zdekompletowane, sprzeczne, ale ani trochę nie tracące swojej wartości. Po drugie, materialne pomniki (ściślej – to, co z nich zostało po upływie tysiącleci), rozsiane na peryferiach i wyżyny pogrążone na dnie kontynentu – Arktydy-Hyperborei. Najbardziej perspektywiczne w tym względzie są półwysep Kolski, Karelia, Polarny Ural, Nowa Ziemia, Spitsbergen (Rosyjski Grumant) i inne północne terytoria. Po trzecie, ideowe dziedzictwo Hyperborei, dożyło do naszych czasów w charakterze mitu o Złotym Wieku.

Wspomnienie o Złotym Wieku

Wspomnienie o Złotym Wieku na północy Eurazji istnieje w staroindyjskiej mitologii. Nigdy nie przestają zadziwiać słuchaczy szczegóły opowieści o magicznej krainie szczęśliwości, gdzie «nie było ani chorób ani oszustwa ani zazdrości ani płaczu ani pychy, nie było kłótni i zaniedbania, wrogości, krzywd, strachu, cierpień, złości i zazdrości ». Kraj obfitości i szczęścia jednoznacznie związany w przedstawieniu praprzodków Hindusów i innych indoeuropiejczyków z Polarną górą Meru – klasztoru pierwostwórcy Brahmy i początkowego miejsca pobytu innych indyjskich bogów. Oto jak opisują błogosławioną polarna praojczyznę i panujący tam Złoty Wiek w 3 księdze «Mahabharaty»: «Na trzydzieści trzy tysiące jodżan (1 jodżan=13km.) (rozciągnęła się) złota góra Meru, królowa gór. tu (rozmieszczono) ogrody Bogów – Nandana i inne wdzięczne miejsca odpoczynku sprawiedliwych. Tam nie ma ani głodu ani pragnienia ani zmęczenia, nie ma lęku zimna albo upału, nie bywa nic szkodliwego albo takiego, co wywołuje wstręt, nie ma żadnych chorób. Wszędzie tam emanuje delikatnym aromat, każdy dotyk jest miły. Zewsząd tam wlewają się dźwięki, czarujące duszę i słuch. Tu nie ma ani smutku ani starości ani niepokojów ani cierpień ».

Pliniusz Starszy – jeden z najbardziej bezstronnych uczonych – starał się przedstawiać tylko bezsporne fakty powstrzymując się od jakichkolwiek komentarzy. Oto dosłowny cytat z “ Historii Naturalnej”: “za tymi (Ripejskimi górami (koło Uralu)), po tej stronie Akwilona (północny wiatr – synonim Boreasza), istnieje szczęśliwy naród, którego nazywają Hyperborejami, osiągający nader podeszły wiek, rozsławiony cudownymi legendami. Słońce świeci tam przez pół roku, i to tylko jeden dzień, światło tam wschodzi tylko razu w roku. Domami tych mieszkańców są gaje, lasy; kult Bogów świętują poszczególni ludzie i całe społeczeństwo; nieznane tam są konflikty i wszelakiego rodzaju choroby. Śmierć przychodzi tam tylko od przesytu życiem. Po spożyciu pokarmu i lekkich przyjemnościach ze starości rzucają się w morze (ze skał). To właśnie jest najszczęśliwszy widok pogrzebu… Nie można wątpić w istnienie tego narodu”.


Baśniowe słowiańskie Złote lub kwieciste Królestwo, gdzie zamieszkują dziwne zwierzęta i płyną rzeki mlekiem i miodem płynące, znajdujące się na końcu świata

Portret Hyperborejczyków

Przekonywujące analizy ich osiągnięć dotrwały do naszych czasów, w staroperskich i starogreckich źródłach pisanych a także w najstarszych mitach północnych narodów świata (Celtów, Skandynawów, Karelów, Finów, Słowian) pozwoliły współczesnym uczonym sporządzić portret narodu, który historycy Hellady nazywali Hyperborejczykami i którzy, według antycznych historyków, realnie zamieszkiwali tereny Północno-Wschodniej Europy w warunkach Złotego Wieku. Życie w szczęśliwej Arktydzie wraz z bogobojnymi modlitwami i towarzyszącymi im pieśniami, tańcami, ucztami i powszechnym uczuciem radości. W Arktydzie nawet śmierć następowała ze zmęczenia i przesytu życiem, ściślej mówiąc – od samobójstwa: wypróbowawszy wszystkich rodzajów rozkoszy i zmęczywszy się życiem, starzy hyperborejczycy zazwyczaj rzucali się do morza. Mądrzy mieszkańcy Hyperborei posiadali ogromną ilość wiedzy, najbardziej zaawansowanej na tamte czasy. Liczne źródła i specjaliści wierzą, że Hyperborejczycy posiadali władzę nad żywiołami, co wyjaśniało by brak złej pogody i naturalnych kataklizmów na terytorium ich zamieszkania.

Usposobienia Hyperborejczyków

Czerpiąc frazy ze starożytnych źródeł różnych narodów świata, ten wspaniały naród i jego usposobienie można opisać następująco: był to szczęśliwy naród. Nieznane tam były choroby i słabości związane z wiekiem. Żyli bez bólu. Ludzie osiągali bardzo podeszły wiek. Śmierć przychodziła do nich tylko od przesytu życiem. Umierali jak gdyby ogarnięci snem. Byli cudownego wyglądu. Smukli. Pachnący. Obdarzeni wielką siłą fizyczną. Byli pełni życiowej siły. Posiadali wielką duchową moc. Hyperborejscy kapłani posiadali dar przewidywania, umieli obejść się bez pożywienia, zatrzymywali niszczycielskie epidemie (z innych krajów) i przemieszczali się na specjalnych latających urządzeniach drogą powietrzną. Wśród nich nie było ludzi okrutnych, nieczułych i zdeprawowanych. Byli ludźmi jasnymi, jaśniejącymi, wspaniałymi, jak światło księżyca. Usunęli wszelkie zło. Żyli bez obciążenia karmy. Odnosili się do nieuchronnych kolei losu i do siebie nawzajem z rozumną cierpliwością. Wśród nich nie było miejsca na złości i intrygi. Wśród nich nie było niezgody. Żyli bez wojen. Pilnowali prawdy i na niej budowali wszelką swoją myśl. Wzgardzali wszystkim, oprócz cnoty. Lekceważyli bogactwo, wierząc, że jego wzrost zobowiązuje do ogólnej zgody w połączeniu z cnotą, bo kiedy bogactwo zostaje przedmiotem troski i okazuje się cnotą, to staje się pyłem a razem z nim ginie cnota. Domami ich stawały się gaje, lasy i jaskinie. Żywili się owocami drzew, nie jedli mięsa. Żyli nie pracując ciężko, z beztroskim sercem. Ich życiu towarzyszyły pieśni, tańce, muzyka i uczty. Wszędzie tam spotykało się korowody, wylewały się dźwięki, czarujące duszę i słuch. Uwieńczając złotym laurem, oddawali się radości świąt. Spędzali czas na Grach (z poświęceniem) pod gołym niebem. Dobra pamięć o igrzyskach olimpijskich została przyniesiona do Olimpii z
Hyperborei – sługami Apollona (Apolla?). Czcili niebiańskie sklepienie. Bogu, rozpościerającemu Wszechświat, z miłością służyli. Poskramiali swoje ciała. Uwielbiające modlitwy były charakterystyczne dla tego narodu. Kult Bogów w pełni zaspakajał ich osobno i całe społeczeństwo. Tam ludzie stale śpiewali na chwałę Wszechmogącemu. Byli znawcami Prawa i Sprawiedliwości ale stale doskonalili swoją Sprawiedliwość. Żyli w harmonii z pokrewnym im Boskim Początkiem i Boską Przyrodą zachowując w niej swoje działanie. Wielu wierzy, że ofiary klimatycznego kataklizmu wysoko rozwiniętej cywilizacji Hyperborei zostawili po sobie potomków Aryjczyków. Poszukiwania Hyperborei są podobne do poszukiwań zaginionej Atlantydy, z tą tylko różnicą, że z zatopionej Hyperborei, jak sądzę, została część lądu – północna część obecnej Rosji.


Byli szczęśliwym narodem. Nieznane im były choroby i słabość starości. Żyli bez bólu. Zostali obdarzeni wielką duchową mocą. Mieli wielką duchową siłę. Żyli w harmonii z Przyrodą i Boskim Początkiem.

Zrodlo:https://treborok.wordpress.com/about/hyperborea/historia-rusi-i-hyperborea/

Hyperborea – Raj na Biegunie Północnym


   W latach 50., uczeni wyjaśnili, że około 10.000 lat temu przodkowie Inuitów naraz „przejechali” do Grenlandii z Azji Środkowej, Mongolii i Cejlonu. Według legendy, przewiozły ich tam ogromne żelazne ptaki.

Daleka Północ, Zapolarie. Wieczna zmarzlina, żadnej roślinności, okrutne mrozy w zimie w długie polarne noce, kiedy to przez długie dni Słońce w ogóle nie pojawia się na niebie… Czy w takich niesprzyjających warunkach powstać mogła jakaś cywilizacja, nawet w bardzo dawnych czasach? Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że nie. Ale nie spieszmy się z wywodami i wnioskami.


Mieszkający za Boreą


W mitologii greckiej Hyperborea/Hiperborea, to ziemia na północnym skraju świata, w której zamieszkiwali Hyperborejowie (czy też Hyperborejczycy), naród, który pozostawał pod szczególna opieką i błogosławieństwem boga Apollina – opiekuna i patrona jasnowidztwa, wróżb i sztuk wszelakich, który przybywał do nich w czasie zimy ze swego sanktuarium w Delfach.

Wiele mitów mówi o prorokach i jasnowidzach z Hyperborei założycielach świątyń i wyroczni Apolla. Spośród nich szczególnie wyróżniał się Abaris, odróżniający się od swoich „kolegów” tym, że nie potrzebował jedzenia i latała magicznej strzale, którą dostał był od samego Apollona.

A co się zaś tyczy nazwy tego dziwnego narodu – Hyperborejczycy – to w dowolnym przekładzie z greki oznacza to „mieszkający dalej niż Boreasz”, no a Boreasz to w greckiej mitologii był bogiem północnego wiatru.

Należy zauważyć, że poza mitami Antycznej Grecji, opisy północnej praojczyzny, z charakterystycznymi dla niej zorzami polarnymi, nocą polarną i polarnym dniem – co można znaleźć w takich tekstach, jak indyjska „Rigweda” i irańska „Avesta”, w tybetańskich i chińskich kronikach historycznych, w germańskich eposach i rosyjskich „bylinach”, a także w wielu mitach wszystkich narodów świata.


Ciepła Arktyka


Jednym z pierwszych uczonych, który spróbował dać naukowe uzasadnienie dla polarnej koncepcji powstania cywilizacji i światowych kultur był Jean Sylvain Bailly (1736-1793) znany francuski astronom i działacz społeczny w XVIII wieku. zbadawszy wszystkie dostępne dla niego informacje, doszedł on do wniosku, że podstawą dla wszystkich dawnych cywilizacji była jeszcze dawniejszy, nieznany bliżej (zagubiony) naród o wysokim poziomie cywilizacyjnym. I jeszcze Bailly wyraził pogląd, że te narody, które w jego czasach należały do południowych narodów, pierwotnie zamieszkiwały wyższe północne szerokości geograficzne.
W końcu XIX wieku, poglądy Bailly’ego podzielał rektor Uniwersytetu w Bostonie William Warren. W swej książce „Raj znaleziony na Biegunie Północnym” [“Paradise Found: the Cradle of the Human Race at the North Pole” (1885) – przyp. tłum.] na podstawie analizy obszernego materiału udowadnia, że wszystkie dawne opowieści o Edenie – ziemskim Raju – okazują się być jeno smutnymi wspomnieniami o istniejącej onegdaj błogosławionej ziemi, która znajdowała się na Dalekiej Północy.
[Należy tu wspomnieć także nasze małe polonicum tej dziwnej sprawy, a mianowicie opowiadanie J. J. Sękowskiego (1800-1858) pt. „Podróż uczona na Wyspę Niedźwiedzia” (1833), w którym opisuje on odkrycie istniejącej 11.000 lat temu supercywilizacji, która została starta z powierzchni Ziemi przez… - uwaga! - upadek komety! – który z kolei spowodował Potop Powszechny! Relacja ta była spisana na ścianach zrujnowanej budowli, która znajdować się miała na Wyspie Niedźwiedzia – gdzieś na N 73°03’ – E 126°07’. Analogia do Hyperborei czy nawet Atlantydy nasuwa się od razu… - uwaga tłum.]
Do współczesnych uczonych, wierzących w realne istnienie w dalekiej Przeszłości tak samej Hyperborei jak i wysokorozwiniętej cywilizacji w tym kraju, należy nasz rodak zmarły w 2006 roku, badacz Północy, dr Walerij Nikiticz Diemin Ph.D. Wedle jego poglądów, Hyperborea znajdowała się na tych ziemiach, które przyjęto nazywać Rosyjską Północą i być może jeszcze dalej – na Biegunie Północnym. Ponadto uczony ten był przekonanym, że Hyperborea była praojczyzną całej Ludzkości.
Podstawą do tych stwierdzeń były wspomniane tutaj mity i kroniki pisane wszystkich narodów świata, w tym i źródła ruskie.
- Mam podstawę sądzić – pisał on – że wcześniej za Kręgiem Polarnym było o wiele cieplej. Rosyjscy oceanografowie ustalili, że 17-30 tys. lat temu klimat Arktyki był łagodny, zaś Północny Ocean Lodowaty był o wiele cieplejszy. Takie także są wnioski uczonych kanadyjskich i amerykańskich. Według nich, w czasie tzw. Zlodowacenia Wisconsin, około 70.000 lat temu, w centrum Północnego Oceanu Lodowatego znajdowała się strefa umiarkowanego klimatu.
Według poglądów Walerija Diemina okres istnienia wysokorozwiniętej cywilizacji Hyperborei był 15-20 tys. lat temu i miała ona aparaty latające. I właśnie dlatego święte księgi wielu narodów opowiadają o kontaktach z „niebieskimi przybyszami”. Tubylcy przyjmowali latających Hyperborejczyków jako bogów czy półbogów.

Nieudane ekspedycje

Zrozumiałym jest, że kierując się podanymi wyżej przesłankami, poszukiwanie śladów Hyperborei miało sens na rosyjskiej i amerykańskiej Północy, na wyspach i archipelagach Północnego Oceanu Lodowatego, na szelfie oceanicznym, na dnie niektórych mórz i jezior. Większość takich stref poszukiwań znajduje się na terytorium Rosji. Istnieje założenie, że część lądu (być może ta największa) na której rozpościerała się Hyperborea, poszła pod wodę. Na to właśnie wskazuje następujący fakt:
Na jednej ze swych map, znany flamandzki kartograf Gerald Mercator (1512-1594), pokazał w rejonie Bieguna Północnego ogromny kontynent – archipelag kilku wysp przedzielonych rzekami. Przede wszystkim ów ląd odrysował on z jeszcze dawniejszej mapy, o czym napisał w jednym ze swych listów z 1580 roku.
[Podobnie rzecz się miała ze słynnymi mapami tureckiego admirała Piri – właściwie Piriego Ibn Hadżi Memmeta (1465-1553), który w 1513 roku wydał atlas map, które ponoć były przerysowane z starych map z czasów Aleksandra Macedońskiego – uwaga tłum.]
W Rosji w czasach Michaiła Łomonosowa (1711-1765) i carycy Katarzyny II (1729-1796) zorganizowano dwie ekspedycje na Północ z tajnym zadaniem dotarcia w rejon Bieguna Północnego i znalezienia tam Hyperborei. Obie ekspedycje były zatrzymane przez nieprzebyte lody.


„Szpieg” zlikwidowany!

W czasach ZSRR, w 1922 roku na poszukiwania śladów Hyperborei w głuchych rejonach Półwyspu Kolskiego poszła ekspedycja pod kierownictwem Aleksandra Wasiliewicza Barczenki – okultysty, badacza telepatii i hipnotyzera, a tak nawiasem mówiąc – współpracownika Szczególnego Oddziału Specjalnego OGPU.


[Losy tej ekspedycji opisano w artykule D. Sokołowa – „Północna Szamballa: ziemia nieznana” – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2013/01/ponocna-szamballa-ziemia-nieznana.htm - uwaga tłum.]
Uczestnicy ekspedycji przebadali rejon Siejdoziera – N 67°27’03” – E 034°35’40”, znajdującego się w tundrze Łowozierskiej, pośrodku masywu górskiego na wysokości 189 m n.p.m. Miejsce to nazywa się tradycyjnie Rosyjską Laplandią.


Jezioro to otoczone jest z trzech stron stromymi skałami i wierzchołkami. Jego nazwa w języku Saamów – rdzennych mieszkańców tego regionu – oznacza tyle co „jezioro górskich duchów” i było ono święte dla okolicznych mieszkańców.


No i na brzegu jeziora, członkowie ekspedycji znaleźli naskalny rysunek człowieka z rozkrzyżowanymi rękami. Tam tez znaleziono ociosane granitowe bałwany, a także wybrukowane odcinki brzegu, podobne do dawnej drogi. A jeszcze było tam tajemnicze wejście, prowadzące do wnętrza ziemi, ale tam żaden z badaczy się nie spuścił, bo wszystkich ogarnął jakiś nieuzasadniony niczym strach.
Tak mówi oficjalna wersja. Jednakże jest domniemanie, że Barczenko odważył się zejść pod ziemię i znalazł tam coś bardzo ważnego. Tak czy inaczej, informacje o tej ekspedycji zostały utajnione, a potem zniszczone. Samego Barczenkę zlikwidowano jeszcze wcześniej: w kwietniu 1923 roku rozstrzelano go „za szpiegostwo”…

Zagadkowe znaleziska

Niejednokrotnie potem organizowano ekspedycje do Hyperborei i w naszych czasach dziewięć z nich prowadził Walerij Diemin. Szczególnie owocna stała się ekspedycja z 2001 roku, która udała się w rejon tegoż Siejdoziera. Pod dnem tego jeziora odkryto tunel zapchany iłem, a w przybrzeżnych górach po obu jego końcach – wewnętrzne pustki. Według poglądów geologów – naturalne powstanie takiej formacji jest niemożliwe. A bita droga znaleziona jeszcze przez Barczenkę okazała się być kamienna kładką, która zanurzała się na półtora metra pod ziemię. Nie jest wykluczone, że było to coś w rodzaju instalacji obronnych. A na dodatek znaleziono tam także kilka piramid, które były podobne do kurhanów, które do tego miały zupełnie płaskie wierzchołki – na których znajdowały się zupełnie płaskie powierzchnie. Znaleziono tam także resztki fundamentów, kamienne bloki o regularnych kształtach i przewrócone kolumny. Badając próbki odbite od bloków oceniono, że obrabiano je co najmniej 12.000 lat temu.
[Do tychże znalezisk należałoby dodać także niezwykły kamienny dysk znajdujący się w głębinach Bałtyku w Zatoce Botnickiej – na N 60°49’33” – E 019°47’45”. zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2015/09/tajemnice-monumentu-z-morza-batyckiego.html. Hipoteza o jego „ziemskim” pochodzeniu jest o wiele bardziej wiarygodna, niż majaczenia co bardziej nawiedzonych „ufologów” i innych mistyków - uwaga tłum.]
Wszystkie te znaleziska pasują do przekazów zawartych w starych tekstach mówiących o takich wydarzeniach, które mają związek z Hyperboreą i potwierdzają hipotezę o tym, że Dalekiej Północy, szczególnie na terytorium Rosji, jakieś 12-14 tys. lat temu, rzeczywiście istniała wysokorozwinięta cywilizacja.
[A czemuż by nie? Rosyjska Północ jest wciąż mało spenetrowana i poszukiwania powinny być prowadzone. A tak nawiasem, to godzi się tu wspomnieć, że Hiperborejczyków poszukiwali także niemieccy pseudonaukowcy z SS, należący do stowarzyszenia Ahnenerbe, którzy współpracowali w tym zakresie także z naukowcami radzieckimi – że wspomnę tylko wspólny lot niemieckim sterowcem LZ-127 nad radziecką Północą. Teraz jest zupełnie zrozumiałe, czego naprawdę szukali Niemcy z Rosjanami w 1931 roku nad radziecką Arktyką… (zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2013/10/fantomy-bieguna-ponocnego.html). Poza tym do radzieckiej Arktyki Niemcy chcieli się dobrać jeszcze w sierpniu 1942 roku w ramach Operacji Wunderland. Jej oficjalnym celem było topienie alianckich konwojów na Morzu Barentsa i Karskim oraz paraliżowanie tam radzieckiej żeglugi. Operacja ta zakończyła się fiaskiem. Zatopiono jedynie radziecki lodołamacz SS Aleksandr Sibiriakow. Niemiecki rajder - krążownik Admirał Scheer został uszkodzony w czasie pojedynku artyleryjskiego z radziecką baterią nabrzeżną (zainkasował kilka pocisków kalibru 152 mm) i uszkodzony musiał przerwać operację. Interesujące jest pytanie, czy Admirał Scheer miał do wykonania tylko to zadanie, czy nie było ono przykrywką dla jeszcze jednego – mającego związek z poszukiwaniem Hiperborejczyków? Samo kodowe nazwanie tej operacji – Wundeland – Kraina Cudów sugeruje założoną przeze mnie możliwość, że szukano Hyperborei oraz drogi do Agharty i Hiperborejczyków-Arartyjczyków, którzy pomogliby Hitlerowi wygrać II Wojnę Światową - uwaga tłum.]

Zrodlo:http://wszechocean.blogspot.com/2016/03/hyperborea-raj-na-biegunie-ponocnym.html

Hyperborea kraina w dalekiej północy

Na pewno słyszeliście o Atlantydzie, ale mało kto słyszał o kontynencie/wyspie Hyperborea, który według Herodota znajdował się na dalekiej północy.

Kontynent został zniszczony przez lód, a ludzie zamieszkujący go przenieśli się na południe. Szwedzki pisarz Olaf Rudbeck w 1679 roku twierdził, że to właśnie z tam tąd pochodzili protoplaści ludu Atlantydy. Pisarz umieścił Hyperborę na biegunie północnym.

Mitologia grecka umieszcza ten ląd "poza północnym wiatrem". Grecy uważali że Boreas, bóg Północnego Wiatru mieszkał w Tracji, a zatem Hyperborea to obszar który leżał daleko na północ od Tracji. Herodot pisał, że trzy wcześniejsze źródła wspominały Hyperboreans - Hezjoda i Homer.

Grecki poeta Pindara opisywał tą ziemię jako doskonałą, ze słońcem świecącym 24 godziny na dobę (to sugeruje miejsce w obrębie koła podbiegunowego).

Wraz z Thule, Hyperborea byja jednym z kilku terrae incognitae (z łaciny - ziemia nieznana, niezbadana) dla Greków i Rzymian. Pisarze tacy jak Pliniusz, Pindar i Herodot oraz Wergiliusz i Cyceron informowali, że ludzie na tym obszarze żyją po tysiąc lat i cieszą się pełnią życia.

W IV wieku przed naszą erą Hekatajos z Abdery zebrał wszystkie historie o Hyperboreanach i opublikował o nich długi traktat, niestety został on utracony, o jego istnieniu informuje nas Diodor z Sycylii:

"W regionie poza krainą Celtów na oceanie leży wyspa mniejsza od Sycylii. Ta wyspa położona jest na północy i jest zamieszkałą przez Hyperborean, którzy są tak nazywani ponieważ ich dom leży poza punktem skąd wieje północny wiatr (Boreas). Wyspa jest żyzna i urodzajna, klimat na niej jest umiarkowany".



Hekatajos z Abdery napisał również, że Hyperboreanie na swojej wyspie posiadali okrągłą świątynię, co niektórzy badacze próbowali identyfikować jako Stonehenge. Ptolemeusz i Marcjan z Heraklei umieszczali wyspę na Morzu Północnym i nazywali je oceanem Hyperborean. Oni też opisywali, że słońce wstaje tam raz w roku. To również sugeruje koło podbiegunowe.


Hellenczycy myśleli, że sam bóg Apollo spędza zimę na tej tajemniczej wyspie. Starożytny grecki pisarz Theopompus w swojej pracy Philippica stwierdza, że Hyperboreę chciała podbić duża armia pochodząca z innej wyspy. Plany porzucono ponieważ dowódcy stwierdzili, że Hyperboreanie posiadają silniejszą armię i dodatkowo błogosławionych ludzi. Ta niezwykła historia według niektórych była zwykłym mitem. W tej historii/legendzie dowiemy się że Boreades byli potomkami Boreas i Chione (lub Khione) nimfy śniegu. Założyli pierwszą monarchię na Hyperborei. Tą legendę zachowano w pismach Aelian.



"Ten bóg [Apollon] ma za kapłanów, synów Boreas i Chione, kapłani mieli 6 łokci wzrostu [około trzech metrów]"

Aelius Herodianus w III wieku pisał, że mityczni Arimaspi byli identyczni pod względem fizycznym do Hyperboreanów (De Prosodia Catholica, 1.114). Podobnie pisał Stefanos z Bizancjum w VI wieku (Ethnica, 118. 16). Starożytny poeta Kallimach opisywał Arimaspów jako ludzi o jasnych włosach.

"Smoky God - Voyage to teh Hollow Earth" to historia Olafa Jansen i jego ojca. Opowiada o ich podróży żaglówką do wnętrza ziemi, poprzez lodowce w regiony dalekiej północy. Olaf Jansen urodził się w 1811 roku i miał 18 lat, gdy ruszył wraz z ojcem na wyprawę. Rozpoczęła się w kwietniu 1829 roku i pierwszy etap zakończył się w czerwcu tego samego roku. To było po tym jak dotarli ze Sztokholmu do Ziemi Franciszka Józefa. Tam zdecydowali udać się dalej na północ, gdzie ich zdaniem miała znajdować się ziemia "wybranych". Po ucieczce przed ostrą burzą i ominięciu niebezpiecznych gór lodowych płynęli gładko przez jedenaście dni w kierunku jak im się wydawało północnym. Kilka dni później dotarli do brzegów wielkiej rzeki, która poprowadziła ich dalej w głąb lądu. Płynęli tak do pierwszego września. W końcu zakotwiczyli na piaszczystej plaży gdzie zostali powitani przez sześciu ogromnych mężczyzn. Mężczyźni ci byli przyjaźnie nastawieni. Ojciec Olafa opisywał to tak: "Mieli piękne duże domy, zdobione złotem, które było używane za metal. Głównym ich zajęciem było rolnictwo oraz posiadali winnice. Warzywa i owoce rosły ogromne i bujne. Były pyszne. Drzewa w lasach oraz zwierzęta też były większe niż normalnie, powietrze było bardzo orzeźwiające."

John G. Bennet napisał artykuł badawczy "The Hyperborean Origin of the Indo-European Culture" w którym stwierdził, że pochodzenie indo-europejczyków jest właśnie daleka północ. Idea ta została wcześniej zaproponowana przez Bal Gangadhar Tilak w 1903 roku, oraz przez austro-węgierskiego etnologa Karla Penka w 1883 roku.

Zrodlo: http://paranormalzone.pl/swiat-odkrywcy/strefa-sceptyka/item/305-hyperborea-kraina-w-dalekiej-polnocy

środa, 2 marca 2016

Tajemnice Słowiańskiej Cywilizacji


„Miejsce w świecie bożym, gdzie Bóg przysłał was, okrążcie ciasnymi rzędami, brońcie go dniem i nocą. Nie miejsce, wolą (brońcie) – z mocą jego troszczcie się. Gdzie wy będziecie, będą dzieci, pola, przepiękne życie. Rasijunia czaruje oczy, nigdzie od niej nie odejdziesz. Nie jesteśmy jeszcze, ale będziemy my jej, w tym świecie bożym.”

Równo 100 lat temu, podczas wykopalisk w starożytnym mieście Fajstos, znaleziono dysk. Wspaniały wzór nieznanego dotychczas pisma. Stał się on symbolem wszystkiego co tajemnicze i zagadkowe w dziedzinie starożytnej historii, archeologii i lingwistyki.

Tajemnica słowiańskiej cywilizacji

Giennadij Stanisławowicz Griniewicz, po ukończeniu z wyróżnieniem Uniwersytetu w Moskwie, ogromną część swojego życia poświęcił ulubionej pasjii – geologii. Z racji wykonywanego zawodu, podróżował po kraju, zajmując się eksploracją podpowierzchniowych gruntów, pracował w najbardziej ekstremalnych warunkach, od Kaukazu po Daleki Wschód. Niespodziewanie dla kolegów z pracy i znajomych, w szczycie swojej kariery, przerwie działalność geologiczną, opuszcza Moskiewskie mieszkanie, przenosi się do Twerskiej guberni spędzając tu większą część swojego czasu.

Dopiero później, kiedy wyjdzie jego pierwsza książka, stanie się jasne, dlaczego Griniewicz poświęcił około 20 lat życia badaniom w dziedzinie historii i lingwistyki. Sprawcą tego niespodziewanego obrotu losu stanie się tajemniczy dysk z Fajstos. Griniewicz wykonał fundamientalną pracę, w zasadzie pod każdym względem – odkrył najstarsze pismo Słowian. Ale o tym później. Na samym początku zagłębił się on w najbardziej skryte, sprzeczne, mało znane dokumenty historyczne.

Pismo

W. N. Tatiszczew (1686-1750)

‚Prawdą jest, że Słowianie, na długo przed Chrystusem, i słowiano-rusią, właściwie do Włodzimierza, posiadali swoje pimo, w czym nam zaświadczają liczni starożytni pisarze.”

Katarzyna II (1729-1796)

„Niemniej jednak, po słowach Nestorowych i innych, należy sadzić, że Słowianie do Nestora pismo swoje posiadali, ale zostało ono utracone, lub jeszcze nie odnalezione, i dlatego do nas nie dotarło. ”

M.W. Łomonosow (1711-1765)

„Czyż nie można bądzie odmówić chwały narodowi rosyjskiemu, jeśli jego pochodzenie i nazwę umieszczono tak późnoprzecząc dawnemu, w czym inne narody sobie cześć i chwałę upartują?”

Michajło Wasiljewicz Łomonosow, genialny rosyjski uczony. Z jego odkryć w dziedzinie chemii, fizyki, geologii, geografii świat korzysta i po dziś dzień. Wybitny badacz historii ojczystej, Łomonosow poddał analizie i ciężkiej krytyce prace Schlözera, Bayera i Millera. I, jak profesjonalny naukowiec, odpowiedział na nadzwyczaj ważne zagadnienia dotyczące historii pochodzenia Słowian.

Fragment z filmu „Michajło Łomonosow”:

„- Czy sugeruje się pan moją rozprawą o pochodzeniu Rosów? – tak, właśnie na nią. Pochodzenie państwa Rosyjskiego od Szwedów, t.je. uściślając od normanów… Co nie tylko nie posiada podstaw naukowych, ale jest też dla Rosjan głęboko obraźliwie.. Przejrzyjcie sobie kroniki Nowogrodzkie, dzieła greckich i rzymskich pisarzy, gdzie się wspomina o naszych Słowiańskich przodkach, zarządzanych przez naszych kniazi… Na długo przed przybyciem Ruryka na Ruś… ”

Tezy Millera omawiano w Akademii cały rok. Została ona zakazana decyzją konferencji. Oburzony twórczością Millera, Łomonosow zmuszony był podjąć się napisania starożytnej rosyjskiej historii, w oparciu o pierwotne źródła i unikatowe
dokumenty świata antycznego. Im głębiej Griniewicz zanurzał się w historyczne dokumenty, tym większe było jego zdziwienie nieobecności systemowego podejścia do analizy najważniejszych historycznych świadectw.

Griniewicz: „Przecież istnieją historyczne źródła z 9-10 wieku, które świadczą o tym, że Słowianie posiadali swoje pismo. Tutaj w szczególności podejmę słynną „Opowieść o piśmie” Czernoriżca Hrabra bułgarskiego zakonnika żyjącego na przełomie 9 lub 10 wieku. Pisał w tym czasie, że Słowianie ksiąg nie mieli, „ale czertami i riezami czytają i gadają”.

Ostatnimy czasy pojawiło się niemało poważnych publikacji i badań naukowych historyków i językoznawców, wskazujących na znacznie starsze powstanie wspólnot i pisma u Słowian, rozleglejsze miejsca przesiedleń Słowno-Ariów – starożytnych russów i ich wpływ na powstanie starożytnych kultur u innych narodów. Potwierdzających, i „Arktyczną teorię” Tilaka, i badania Łomonosowa, Tatiszczewa, Kłassiena, oraz innych licznych uczonych. Specjalne miejsce zajmują prace wybitnego naukowca – akademika Rybakowa.

Borys Aleksandrowicz Rybakow: „To co jest uważane za pierwotne miejsce zasiedlenia Słowian warunkowo nosi nazwę, praojczyzna Słowian…”

Griniewicz: „Na Ukrainie, we Wschodniej Ukrainie, istnieje tak zwana Czerniachowska archeologiczna kultura. Boris Aleksandrowicz Rybakow twierdził, że to kultura Słowiańska. Ale wszyscy pozostali naukowcy – specjaliści, ci którzy interesowali się tym uważali, że to kultura germańska. Na tej podstawie, że na wyrobach kultury Czerniachowskiej istnieją napisy. Uczeni ci oponowali Borysowi Aleksandrowiczowi w ten sposób: „Słowianie nie mieli pisma, dlatego nie może to być kultura słowiańska”.

W 2-5 wieku naszej ery, na odwiecznych słowiańskich ziemiach, od Średniego Dniepru po Dunaj,
umocniło się państwo antów, izrewli(?) żyjących we wspólnocie narodowej i opierających się inwazji gotów.

Griniewicz: Naliczyłem ponad 100 znaków. A jeżeli w piśmie jest więcej niż 100 – różnych kształtów znaków, znaczy to, że nie może być alfabetycznym pismem. O ile we współczesnym rosyjskim piśmie są np. tylko 32 litery, w głagolicy było ich 43. A tu mamy 100 różnych graficznych znaków. To znaczy, że mamy do czynienia nie z pismem alfabetycznym, a zgłoskowym. I jest dla mnie całkowicie jasne, że Borys Aleksandrowicz Rybakow miał rację.

Praca Griniewicza – to ogromnych rozmiarów trud, żmudnie zebranych i przestudiowanych dokumentów. Napis na Nowoczerkaskiej bakłażce: „Żeby jedzenie nie poruszało się jak woda, wziąwszy całość dwóch stron, pij to.” Przy zestawieniu znaków, typu czert i riezów, z cyrylicą i głagolicą, bułgarską albo chorwacką, odkryto 23 znaki, zgodnych w formie. A więc, Cyryl czerpał znaki do swojego alfabetu ze starszego słowiańskiego pisma.

Rozkwit wielkiej kultury Trypolskiej datowany jest na 3-4 tysiąclecie pne. i obejmuje terytorium od Dniepru do Dunaju. Ziemia, obsiane niwa, zostały upodobnione do kobiety. Stąd – pokłon Matce Wszelkiego Istnienia – bogórodzicy Ładzie (Łada). Trypolcy byli doświadczonymi rolnikami. Tylko samej pszenicy wychowywali 4 odmiany! Nie mówiąc już o innych zbożach. W złożonych deseniach, ozdabiających ceramikę Trypolców widać odbicie świata, jego jedność. Za zewnętrzną wytwornością linii ornamentu skrywa się wszechobecna znajomość praw „niebieskiej mechaniki”, powstawanie gwiazd i ruch galaktyk, zrozumienie życia wszechświata i miejsce prarodziny w kosmicznym cyklu obrotowym planet.

A.R. Korwin-Piatrowski, kandydat nauk historycznych Ukraińskiej Akademii Nauk: „Na Ukrainie mamy całkowicie unikalny fenomen w skali całej Europy, a nawet całego świata. To Trypolska osada-gigant. Na przykład osada Talenki, która zajmuje 4,5 kilometra kwadratowego. Dzięki geomagnetycznym badaniom, określiliśmy, że w tej osadzie było 2700 mieszkań. Wykopano do tej pory na dzień dzisiejszy tylko 31. Z poprzednich danych wynika, że w takiej osadzie mogło mieszkać idąc za ewidencją różnych ocen demograficznych, od 8 do 12 tysięcy ludzi.

Liczba mieszkańców Trypolskiego grodziska przekraczała Kijów, czasów Jarosława Mądrego. Ponad 4000 lat temu Trypolcy wznosili 2-piętrowe domy, z potężnymi drewnianymi ścianami i pokryciami dachów!

S.W. Żarnikowa, kandydat nauk historycznych: „To nie były gliniane domy. W Trypolu były domy z bali, 2 a nawet 3 kondygnacyjne. Co dla współczesnej Ukrainy, na przykład, nie jest charakterystyczne. To charakterem przypomina Zakarpacie i Podkarpacie. Nawiasem mówiąc nazwy rzek w tej rusińskiej Ukrainie to Podkarpacie, Zakarpacie, absolutnie identyczne, na przykład nazwy znajdujemy na terytorium Wielkiego Ustiuga, Tarnowskiego lub Totemskiego rejonu Rosji. Idące ciągiem, spotykamy jednakowe nazwy. I właśnie, konkretnie, w tych lokalnych regionach. ”

A.R. Korwin-Piatrowski: „Najbardziej charakterystycznym rozplanowaniem budowania dla Trypolskiej kultury było po kręgu. Gdzie mieszkania rozłożone są wzdłuż kręgu, przy czym przekrojami poprzecznymi bez drzwi wychodzą na zewnątrz, a drzwiami do środka osiedla.”

Dokładnie taką samą zasadą założono i w architekturze Arkaim, unikatowego miasta-obserwatorium, odkrytego naPołudniowym Uralu. Stonehenge – „rodzimy brat” Arkaim pod względem struktury budowy, znajduje się na tej samej paraleli z nim, na Południu Anglii. Czyżby to jakiś zbieg okoliczności lub reguła?

Griniewicz: „O tym, że Trypolcy prześcignęli wszystkie otaczające narody, nikt nie ma wątpliwości. Oni także władali pismem. Na wyrobach ceramicznych znaleziono duża ilość pojedyńczych znaków. Te znaki zebrano, pogrupowano i ich ilość też przekracza 100. Jest ich nawet więcej, bo 150. Co świadczy o tym, że u Trypolców pismo także było zgłoskowe. Ale najciekawsze w tym, że kiedy porównać te pojedyńcze znaki ze znakami dysku z Fajstos, to okazuje się, że w swojej graficznej podstawie są one absolutnie identyczne. Tak więc wszystko co dotyczy Trypola, i obecności w tej kulturze pisma, nie budzi u mnie żadnych wątpliwości.

Wiadomo, że kultura Trypolska w 2000 roku pne. doznała ciężkiej porażki (razor). Jednak pozostaje do dziś zagadką – dlaczego trypolcy, opuściwszy swoje osiedla nie wzięli ze sobą swoich rzeczy?

Słowianie przenosili się nie stopniowo, a migrowali przenosząc się jak ptasie przeloty z mijsca na miejsce. Widocznie dlatego, Grecy nazywali ich bocianami, „Pelazgami”.

Wiadomo także, że w 3 tysiącleciu pne. Prasłowianie, w swoich migracjach z Trypola na Południe, osiągnęli Pendżab i Indus, gdzie stworzyli największą protoindyjską kulturę. Na fundamencie której wzniesie się kultura Starożytnych Indii.

S.W. Żarnikowa: Faktem jest, że jeszcze w 1903 roku wybitny indyjski badacz Bal Gangadhar Tilak napisał swoją książkę „Arktyczna ojczyzna z Wed”. I dzieki temu, że był braminem miał dostęp do świętych tekstów. Kiedy przeanalizował Rygwedy i Awesty odkrył, że opisują takie zjawiska, które nie są możliwe na południowej szerokości geograficznej a dokładniej od 56% Północnej szerokości. To – ruch gwiazdozbiorów Zapolaria, Przypolaria (Circumpolar) i Zorza Polarna, rok podzielony na dwie połowy – pół roku dzień, pół roku noc. Ten opis topnienia wiosennych śniegów. Jest tam taka ilość geograficznych i astronomicznych realiów, których w Indiach po prostu nie ma. Siedem gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy zawsze znajdują się wysoko, i obracają się okrężnie wokół Gwiazdy Polarnej. Wszystkie gwiazdozbiory. Ten krąg można zobaczyć tylko w Przypolarnych północnych regionach. Na terytorium Europejskiej Północy zachowała się ogromna ilość nazw rzek, jezior, które tłumaczone są tylko z sanskrytu.

Griniewicz: „Spojrzyjcie, na naszą Ołoniecką gubernię. Tam płynie rzeka Śiwa, w pobliżu niej Ganeż, Padma, co znaczy „lotosowa (lotosu)”. Do tego wszystkiego trzy rzeki Gangesy. Dwa Gangesy na terytorium okręgu Archangielskiego. Nasza Suchona wołogodzka w sanskrycie znaczy „łatwa do pokonania”.

S.W. Żarnikowa: Jeszcze w 17-18 wieku w Indiach, małżeństwo w wyższych kastach było uważane za bezprawne, jeżeli zapisu o nim nie zrobiono na korze brzozowej! Przy czym w samym sanskrycie jest słowo „nahczitam”, t.je. „nieczytelne”. A to znaczy, że w tych czasach umiano już pisać. Oto proszę, Cyryl i Metody. Czy oni stworzyli sławiański Alfabet? A może jednak do tego czasu były były czerty i riezy, które zapisywano na korze brzozowej.

Griniewicz: Ilość napisów tzw. kultury proto-indyjskiej, jest ogromnie dużo. Jurij Knorozow, który próbował rozszyfrować proto-indyjskie pismo twierdził, że sanskryt jest kopią języka proto-indyjskiego. Proszę sobie wyobrazić, jak ciekawe okazuje połączenie… Wszyscy dziwią się – skąd w sanskrycie taka ilość sławiańskich form i słów? W tym samym czasie oni kontynuują swoje wywody, że to kopia z proto-indyjskiego. Ale wtedy okazuje się, że oryginał był Słowiański.

S.W. Żarnikowa: Na dzień dzisiejszy profesor Sharma, odpowiadając na pytanie – który z języków on uważa za najbliższy, powiedział: „bez wahania odpowiem. To Ruski i sanskryt.” A May mówił, że język Ruski – to język Słowiański w swoim indoeuropejskim naturalnym rozwoju. I język ten, wnioskując z tej nomenklatury, w formie, którą w nim założono, kształtował się tu, w Rosji, na Północy, niedaleko regionu Podbiegunowego i to jest normalne. Naturalnie, że tu trzeba szukać bardzo licznych korzeni. I nas, na przykład, nie dziwi fakt, że Chołmogory leżą na takich wyspach, jak Khur i Nal. Chociaż w Mahatharacie przodkowie ariów noszą nazwę Khur i Nal.

Kreteńskie mocarstwo – gospodarz morza Egejskiego znajdowało się u szczytu swojej potęgi, kiedy do Krety dotarła silna fala po wybuchu wulkanu Santorin, wywołując duże zniszczenia. Wyspa została pokryta warstwą popiołu. Miasta Krety zostały zamienione w ruiny a wyspa w martwą pustynię. Mieszkańcy Krety porzucili wyspę. Do końca ubiegłego wieku nic nie było wiadomo naukowcom, o dawnej potędze Krety. Pałace były skryte grubą warstwą ziemi, a na jej powierzchni stały ubogie chaty. Tym bardziej niespodziewane i znaczące było odkrycie archeologa Artura Evansa. Wspaniały pałac władcy Knossa objawił się przed zdumionymi oczami archeologów. Ale jeszcze bardziej zdumiewające okazało się archiwum knosskiego pałacu. Setki glinianych tabliczek, pokrytych nieznanym pismem. Pierwszej próby rozszyfrowania kreteńskiego pisma podjął się Artur Evans. Ale nie mógł posunąć się dalej w formalnej analizie, ograniczył się więc do klasyfikacji. Jego pracę kontynuował Anglik Michael Ventris. Pojawiła się nauka o rozszyfrowywaniu kreteńskich napisów – mykenologia. Jednak zrozumiałych tekstów, po wszystkich próbach ich rozszyfrowywania, praktycznie nie było. Nie dawały się tłumaczyć. Griniewicz zajął się rozszyfrowywaniem kreteńskich napisów w poszukiwaniu początków pisma, typu czertów i riezów. Wyszedł on z założenia, że autorzy kreteńskich napisów – Pelazgowie jawią się jako praSłowianie.

Griniewicz: Na Krecie w swoich czasach, 2000 lat wstecz, istniało pismo. Z jego osobliwym typem i budową. Specjaliści nazwali je „Egejskie Selibary”. Tak więc egejskie selibary charakteryzują się zgłoskami otwartych sylab. Takie właśnie pismo wykonane było na słynnym zagadkowym Dysku z Festos.

Unikalny skarb starożytnej Krety, znaleziono w królewskim pałacu w czasie wykopalisk starożytnego miasta Festos. Latem 1908 roku ukazał się wspaniały wzór nieznanego do tej pory pisma – Dysk z Festos. Prób rozszyfrowania Dysku z Festos było wiele. Jako kluczowych języków użyto: grecki, hetycki, likijski, ko(a)ryjski a nawet semicki. John Chadwick, najbardziej doświadczony dekryptolog, powiedział pewnego razu: „Rozszyfrowanie tego napisu pozostaje poza granicami naszych możliwości„.

Griniewicz: Ale najbardziej zdumiewające było to, że kiedy zacząłem porównywać po prostu znaki… To znaczy brałem tabelę pisma linearnego „A” i „B” (z Dysku z Festos) i porównałem ze znakami czertów i riezów, to znajdywałem duże podobieństwo bardzo dużej liczby znaków. Koło 70-80 %. Znaki posiadały absolutnie identyczny kształt. Okazuje się, że Kreta 2-go początek 3 tysiąclecia pne., jej kultura została stworzona przez Słowian. I język, którym oni mówili, w gramatycznej budowie składni jest bardzo zbliżony do języka staroruskiego.

Za gablotami Iraklońskiego muzeum zastygła terakotowa symfonia najstarszej indoeuropejskiej wiedzy, której słoneczna esencja została zręcznie zaszyfrowana w geometrycznych ornamentach i figurkach bogów. Duchowy i genetyczny związek
praSłowian ze Stwórcą, najgłębsze zrozumienie przyrody Wszechświata przekazywało się z pokolenia na pokolenie, niezmiennie dziedzicząc tradycje Północnej praojczyzny Słowian.

S.W. Żarnikowa: Tu można zobaczyć ornamentalne wzory, które zobaczycie i w Trypolu – poczwórnej swastyki, zgromadzone razem. One są bardzo częstym motywem w północnoruskim ornamencie. I wydaje się, że są one związane z bardziej Starożytną Ascezą Pięciu Ogni. Gdzie kapłan, czekając na przyjście Słońca stawał pomiędzy 4 ogniskami w formie swastyk, i uważało się, że piąty ogień – to sam kapłan.

Rożanicy, oto oni (podobieństwo do figurki bogini z Krety). Proszę, ma głowę, dwie pary rąk. Oto oni czteroramienni bogowie i boginie Słowian. Pamiętamy, że w Wedyjskiej i Awestyckiej tradycji i Kalash Hindukush, w pierwszej fali migracji na kontynent euroazjatycki, istnieje pewne zrozumienie pirwszych początków, dla rodzącej kobiety, krowy i drzewa ze złotymi (jesiennymi) liśćmi.

Spojrzyjcie uważnie na ten główny ornament. To taka złożona meandrowa wyrysowana kompozycja. I to jest zrobione w 19 wieku przez Gryzowiecką chłopkę. Różnica czasu między tym i tamtym jest 20.000 lat. A ornamentalny schemat nadal pozostał!

Wczesną wiosną 1828 roku, w czasie orki, rolnik z Toskanii odkrył etruski grobowiec. Przy blasku pochodni archeolodzyodnaleźli idące w głąb sklepienia. Objawiła im się antyczna Etruria taką, jaka istniała w czasach swojej świetności. 20 wieków po jej śmierci ukazała się na nowo prawie zapomniana starożytna cywilizacja. Najstarsze pamiątki pisma na półwyspie Apenińskim należą do Etrusków. Rzymianie pisali: „Etruscan non legitur”. Co znaczy: „Etruskiego nie czyta się”. Kim byli Etruskowie? W jakim języku mówili? Pracując z etruskimi napisami, Griniewicz wyjaśnił, że i w etruskich tekstach jest także duża liczba znaków. Ilość ich dochodziła do 100. Wskazywało to podobnie na zgłoskowe (sylabiczne) pismo.

Griniewicz: A najbardziej zdumiewające było to, że kiedy zaczęliśmy porównywać znaki czert i riezów z kreteńskimi, znaki protoindyjskiego pisma z etruskimi napisami, to zauważyliśmy pełne graficzne podobieństwo. I treść tych testów była bardzo jasna i wyraźna. Muszę powiedzieć, że spotkaliśmy się ponownie z naszym językiem, umownie nazywanym prasłowiańskim. Chociaż na dzień dzisiejszy nazwałbym go praruskim.

Istnieje obecnie więcej niż 10.000 etruskich tekstów. Na przykład, napis na lustrze z brązu zawiera przypomnienie mądrości: „Zatracenie w bogactwie, osłabia twe siły. „Rojem” żywy.” „Kto, jeśli nie ja, obroni twoich żywych, a nie martwych„, – głosi napis na hełmie.

Griniewicz: W początkach naszej ery istniał słownik Stefana Bizantyjskiego, w którym jednoznacznie i wyraźnie napisano, że „Etruskowie – to Słowiańskie plemię”.

Już w 10 wieku pne. istniała kultura Etrusków. Miasta, wyposażone w wodociągi z wszystkimi systemami komunikacji, wydobycie rud, obróbka metali, perfekcyjna ceramika – wszystko to mówi o wysoko rozwiniętym mistrzowskim narodzie. Narzędzia, wyrafinowane bronie, lustra i parasolki – wszystko to było najdoskonalsze w całym basenie morza Śródziemnego. Te kanopy, przeznaczone do rytualnych pochówków, spotykane są w całych Włoszech i
opatrzone pieczęciami, do bólu znajomymi, sakralnymi ornamentami z Rosyjskiej Północy. Pierwsze wykopaliska datowane są na początek 18 wieku. Znalezione porażały wyobraźnię. Ta kultura znała już to wszystko, co wcześniej przypisywano pomysłowemu geniuszowi starożytnych Rzymian. Ale okazało się, że Rzym ma prehistorię. I to jeszcze jaką! Ponad 2000 lat wstecz Etruskowie byli w posiadaniu znacznej części półwyspu Apenińskiego. Byli gospodarzami zachodnich mórz i niepodzielnie panowali na całym morzu Tyreńskim. Starożytnych Rzymian nazywają nauczycielami Zachodniej Europy. Ale nauczycielami nauczycieli – byli Etruskowie.

Senior Lanfranco Severini pracuje od 35 lat w Etruskiem Archeologicznym muzeum w Tarkwinii. Opowiedział on nam o istocie solarnych znaków i o genetycznym związku Etrusków ze Słowianami. „Massimo Palatino, najwybitniejszy włoski uczony”,- powiedział nam senior Severini – „dawno temu pisał o związku Etrusków i Słowian w swoich pracach naukowych”. Ale i my nie pozostaliśmy dłużni i opowiedzieliśmy seniorowi Severini o pierwotnych słowiańskich korzeniach starowłoskiego nazwiska „Severini”.

Jeszcze w 1926 roku nasz wybitny archeolog Gorodcow pisał, że ornament swastyki, meandry, gąski z naszych haftów przyszły nie z Indii ani z Grecji. Wszyscy to pochodzi jeszcze z czasów Paleolitu. I wszystko to zachowało się w hafcie Rosyjskiej Północy, w hafcie Ruskich chłopek. Co jest jasne i czyste jak rodowa pamięć. Wybitny badacz ornamentu Iwanów powiedział: „Tak, oddzielne elementy ornamentu można spotkać u różnych narodów, ale takie złożone dywanowe ornamenty mogą być tylko wynikiem genetycznej więzi narodu”. Stasow w 19 wieku pisał: „To tekst składny, zapisana melodia, która jest nie tylko dla oczu ale też dla umysłu i uczuć (ducha).” Starożytne pisma, są jak przewodnia nić do zrozumienia tajemnicy słowiańskiej cywilizacji, rzucając światło na Wiedzę o zapomnianej tradycji naszych przodków. Jak gdyby z głębi duchowego zawieszczenia tysiącleci, dysk z Festos przynosi nam otwarte przesłanie:

„Miejsce w świecie bożym, gdzie Bóg przysłał was, okrążcie ciasnymi rzędami, brońcie go dniem i nocą. Nie miejsce, wolą (brońcie) – z mocą jego troszczcie się. Gdzie wy będziecie, będą dzieci, pola, przepiękne życie. Rasijunia czaruje oczy, nigdzie od niej nie odejdziesz. Nie jesteśmy jeszcze, ale będziemy my jej, w tym świecie bożym.”

Zrodlo https://treborok.wordpress.com/slowianszczyzna/tajemnice-slowianskiej-cywilizacji/

wtorek, 2 lutego 2016

W poszukiwaniu metalowej biblioteki System tuneli i jaskiń rozciągających się pod Ekwadorem i Peru przechowuje w sobie rzekomo starożytne skarby, w tym dwie biblioteki, z których jedna zawiera metalowe księgi, zaś druga kryształowe tablice przechowujące wiedzę przeznaczoną dla przyszłych pokoleń. Nie wiadomo, kto jest jej twórcą ani dlaczego ukryto ją w tak niedostępnym miejscu. Mimo to znaleźli się ludzie, którzy dzięki przychylności miejscowych Indian strzegących dostępu do podziemnej struktury, mieli szansę ujrzeć ów cud na własne oczy. W oparciu o ich relacje na poszukiwania metalowej biblioteki i jej tajemnic wyruszyło wiele osób, jednak jak zwykle na drodze ku jednemu z potencjalnie największych odkryć współczesności stanęło wiele przeszkód… Stara prawda mówi, że nie liczy się to, co się umie, ale kogo się zna. W 1973 roku Erich von Däniken, będący u szczytu popularności po wydaniu „Rydwanów Bogów” ogłosił, że dotarł do gigantycznego podziemnego systemu tuneli rozciągającego się pod Ekwadorem, który jak mu powiedziano, ciągnie się dalej ogarniając cały kontynent. Miał być to jasny dowód na to, że przodkowie współczesnych ludzi byli nie tylko wysoce zaawansowani technicznie, ale być może pochodzili nawet z innej planety. Wewnątrz tej ogromnej struktury, w miejscu, które dziś zamieszkują prymitywne plemiona, znajdować się miała biblioteka, której księgozbiór wykonany był z metalu. Cała historia koncentrowała się wokół Janosa „Juana” Moricza – argentyńsko-węgierskiego przedsiębiorcy i arystokraty, który twierdził, że odkrył korytarz, w którym zlokalizowana była biblioteka. W pisemnym oświadczeniu datowanym na 8 lipca 1969 roku mówił on o spotkaniu, jakie odbył z prezydentem Ekwadoru, dzięki któremu zyskał pełne prawa do kontroli nad odkryciem, jeśli tylko byłby w stanie udokumentować istnienie sieci tuneli poprzez ich sfotografowanie oraz relację kolejnego niezależnego świadka. Na temat wyprawy Moricza rozpisywały się gazety. Juan Moricz W 1972 roku Moricz spotkał się z von Dänikenem pokazując mu sekretne wejście, przez które mógł on dostać się do dużej sali stanowiącej część kompleksu. Prawdopodobnie Däniken nigdy nie zobaczył biblioteki na własne oczy, przebywając jedynie w korytarzach. Opis tego zawarł w swej książce pt. „Złoto bogów”: „Były one czasem węższe, czasem szersze. Ściany były tak gładkie, że wydawało się, jakby były polerowane. Ich stropy były płaskie i czasami zdawało się, że pokrywa je pewnego rodzaju okładzina… Moje wątpliwości związane z istnieniem podziemnych tuneli zniknęły jak gdyby za dotknięciem magicznej różdżki i jednocześnie poczułem się niezwykle szczęśliwy. Moricz rzekł, że korytarze, przez które przechodziliśmy rozciągają się na setki mil pod terytorium Ekwadoru i Peru.” Wkrótce jednakże odkrycie pretendujące do miana jednego z największych w dziejach pokazało swą ciemniejszą stronę. Niemiecki „Der Spiegel” oraz „Stern” przeprowadziły rozmowy z Moriczem, z których wynikało, że nigdy nie odwiedził on tuneli z Dänikenem. Podkopało to wiarygodność szwajcarskiego pisarza (choć niektórzy twierdzą, że i tak nie było już co podkopywać), przyczepiając do niego łatkę kłamcy. Dla wielu był to kolejny dowód na to, że Däniken był zręcznym mistyfikatorem. Nikt nie wskazał jednak na fakt, że jeśli Szwajcar kłamał, z pewnością nie pozostawiłby tak jasnych wskazówek prowadzących do Moricza. Ten orzekł z kolei, że nie może wyjawić tożsamości swych informatorów, zaś niemieckie magazyny nie dowiedziały się w całej sprawie wiele. Mimo to wydawało się, że coś nie tak jest raczej z Moriczem, który tak destrukcyjnie wpłynął na Dänikena i od którego piętna nigdy nie udało mu się uwolnić. W całej historii znajduje się wiele dziwacznych aspektów. Po pierwsze, Moricz zaprzeczał, aby odwiedził tajemnicze tunele z Dänikenem, choć nie miał żadnych wątpliwości, co do ich istnienia. 19 marca 1973 roku „Der Spiegel” opublikował rozmowę z Moriczem, w której padły następujące słowa: Der Spiegel: W jaki sposób odkrył pan bibliotekę? Moricz: Ktoś mnie tam zaprowadził. Der Spiegiel: Kim więc był przewodnik? Moricz: Nie mogę powiedzieć. Na koniec Moricz wyznał, że biblioteki strzec miało jedno z plemion. Mówiąc krótko, Moricz mówił Dänikenowi o odkryciu tuneli, a następnie rzekomo mu je pokazał. Następnie przyznał, że sam udał się tam w towarzystwie osoby, której tożsamości nie może zdradzić, jednak zaprzeczył, że zabrał tam pisarza. Logiczny wniosek zdawał się wskazywać na to, że Moricz rzeczywiście pokazał coś Dänikenowi, jednak zdając sobie sprawę, że za pośrednictwem książki wszyscy dowiedzieli się, że to zrobił, co z kolei mogłoby wiązać się z konsekwencjami, jakie Moricz ponieść mógł ze strony przedstawicieli plemienia strażników biblioteki tym bardziej, że poproszono go, aby nikomu więcej nie mówił o wizycie w sieci tuneli. Mały krok dla Armstronga, wieli krok dla ludzkości Do 1975 roku wiele rzeczy uległo zmianie. Ponieważ Däniken boleśnie odczuł skutki spotkania z Moriczem, raczej nikt nie zamierzał iść w jego ślady. Okazało się jednak inaczej. Na arenę wydarzeń wkroczył Neil Armstrong – pierwszy człowiek na Księżycu, który chciał zmienić status quo, jaki zapanował w sprawie metalowej biblioteki. Stanley (Stan) Hall przeczytawszy książki Dänikena próbował zaprzyjaźnić się z Moriczem. Gdy mu się to udało, ten potwierdził mu, że rzeczywiście spotkał się ze Szwajcarem w 1972 roku i zabrał go do Guayaquil Cuenca, gdzie spotkali się z ojcem Carlosem Crespim – właścicielem kolekcji enigmatycznych przedmiotów. Ponieważ możliwości czasowe Dänikena były ograniczone, zamiast „prawdziwej lokalizacji” pokazano mu jedynie niewielką jaskinię w odległości pół godziny drogi od miejscowości, która to miała być połączona z siecią tuneli. Sprawa ta rzuciła trochę światła na kontrowersje na linii Moricz – Däniken, jednak niewiele powiedziała o głównym celu poszukiwań – metalowej bibliotece. Armstrong w jaskini Tayos Gdzie mogła się ona znajdować? Ekspedycja Moricza w 1969 roku zapuściła się do Cueva de los Tayos, która według niego miała być jaskinią prowadzącą do metalowej biblioteki. Jednakże wówczas nie znaleziono jej. Wskutek tego Hall zdecydował się zorganizować ekwadorsko-brytyjską grupę, której zadaniem miała być czysto naukowa eksploracja jaskini Cueva de los Tayos. Zaplanowana na 1977, ale rozpoczęta rok wcześniej wyprawa zbiegła się z postępującą degradacją wiarygodności Dänikena związaną ze sprawą Moricza, którego wsparł Hall. Spowodowało to, że przez następnych kilkanaście lat Szwajcar podchodził do niego z dystansem, jednak później obaj panowie zrozumieli, że są raczej pokrewnymi duszami, nie zaś śmiertelnymi wrogami. Hall chciał osadzić całą sprawę w pewnych ramach. Jeśli metalowa biblioteka rzeczywiście istniała, pierwszym krokiem było wykonanie mapy tego miejsca. Był to główny i jedyny cel tej ekspedycji porzucającej nadzieje na odnalezienie skarbu. W trwającą trzy tygodnie wyprawę do jaskini Hall włożył całą swą wiedzę. Brytyjsko-ekwadorskie przedsięwzięcie wsparte zostało przez grupę geologów, botaników, jak i specjalistów z innych dziedzin. Jednak co dalej z Neilem Armstrongiem? Jak ujął to Stan Hall, ekspedycji potrzeba było „honorowego członka”. Początkowo wysunięto kandydaturę księcia Karola, który właśnie zyskał tytuł naukowy z archeologii, jednakże potem pojawiła się idea zaangażowania w sprawę Armstronga, który w odpowiedzi na zaproszenie napisał, że „jest bardziej niż chętny do udziału w wyprawie. Ekspedycja stanie się wydarzeniem wpływającym na całe jego dalsze życie.” 3 sierpnia 1976 roku w systemie korytarzy znalazł się Neil Armstrong. Metalowej biblioteki nie udało się odnaleźć, ale nawet ojciec Crespioficjalnie jej nie poszukiwano. Jeśli jednak doszłoby do tego, wydarzenie to zmieniłoby nasze poglądy na temat historii i pochodzenia człowieka, zaś Armstrong wykonałby drugi z ważnych dla ludzkości kroków. Ekipie udało się skatalogować 400 nowych gatunków rośli, jak też odkryć we wnętrzu jaskini komorę grobową, w której ciało spoczywało w pozycji klęczącej. Komorę datowano na rok 1500 p.n.e. uznając ponadto, że w czasie przesilenia letniego słońce oświecało grobowiec. Tak też historia, która miała poszukiwać dowodów na teorię o starożytnych astronautach dotknęła astronauty, ale całkiem ziemskiego i współczesnego. Trzecia osoba Wszystko kręciło się wokół osoby Juana Moricza, jednak to nie on powinien znajdować się w epicentrum. Od 1969 do 1991 roku, kiedy zmarł, nie udało mu się odnaleźć metalowej biblioteki. Jednak to, że Moricz nie był pierwszym człowiekiem, który mówił o niej jest jasne a ponadto wynika z uwag Dänikena. W wywiadzie „Der Spiegela” z 1973 roku Moricz potwierdził, że nieznana bliżej osoba pokazała mu jaskinie. O kogo chodziło? Po śmierci Moricza, Hall zdecydował się na odnalezienie owej „trzeciej osoby”, która zawieruszyła się gdzieś w mroku dziejów. Oprócz imienia i nazwiska, Petronio Jaramillo, Hall nie posiadał żadnych informacji. - W 1991 umarł Moricz – mówi Hall. Miałem imię i książkę telefoniczną, ale w samym Quito było strasznie wielu Jaramillów. Ostatecznie udało mi się trafić na jego ślad, a właściwie jego matki. Był wrzesień 1991 roku, kiedy przekazała mi ona numer telefonu do swojego syna. Zadzwoniłem. Powiedział mi, że nasze ścieżki zeszły się dopiero po 16 latach. Pragnął się ze mną spotkać i powiedział, że potrzebuje na to trzech dni. Jaramillo potwierdził, że po przybyciu Moricza do Guayaquill w 1964 roku, spotkał się on z dr Gerardo Peną Matheusem, któremu opowiedział swą teorię dotyczącą roli ludu węgierskiego w budowaniu niemalże każdej cywilizacji. Dzięki wsparciu znajomych, Andresa Fernandez-Salvador Zaldumbide’a oraz Alfredo Moebiusa, Moricz spotkał się z Jaramillem i od tej pory jego historia była już z nim związana. Hall bezskutecznie próbował przez inne osoby skontaktować się z nim już od 1975 roku, jednakże możliwe stało się to dopiero po śmierci Moricza. Obaj panowie doszli wkrótce do wniosku, że to Moricz skupił uwagę poszukiwaczy na Cueva de los Tayos, która nie była jednak miejscem, z którego dotrzeć można było do metalowej biblioteki. Z drugiej jednak strony, gdyby nie on, nikt nie usłyszałby o tej historii. Z kolei największym marzeniem Halla było, aby móc cofnąć się w czasie i znaleźć się przy jednym stole z Moriczem i Jaramillo. Kiedy Hall pokazał Moriczowi manuskrypt opisujący ich wyprawę z 1976, ten szczerze oświadczył, że nigdy już tam nie wróci. Tak zakończyła się ich przyjaźń, ale dopiero po 1991 roku Moricz zrozumiał, że w manuskrypcie pada nazwisko Jaramillo. To właśnie tego nazwiska Moricz nie chciał ujawniać i potwierdził to w wywiadzie z 1973 roku. Był on jednocześnie niezwykle uparty i lojalny, jednakże w kwestii dokonania odkrycia stulecia, a nawet odkrycia wszechczasów, był z pewnością nieodpowiednim człowiekiem na nieodpowiednim stanowisku. Podziemne skarby Jaramillo i Hall zaprzyjaźnili się, jednakże obaj byli zgodni co do tego, że Hall nie tak szybko pozna miejsce, gdzie kryta jest metalowa biblioteka. Mimo to znacznie chętniej mówił o jej zawartości oraz innych szczegółach, o których chciał wiedzieć Hall. Od Jaramilla dowiedział się on zatem prawdziwej historii biblioteki z Tayos, która nie była związana zupełnie z jaskinią o podobnej nazwie, Cueva de los Tayos. Jaramillo mówił, że bibliotekę odwiedził w 1946 roku, gdy miał 17 lat. Pokazał mu ją jego wuj nazwyany „Blanquito Pelado” (i którego prawdziwe personalia nie są znane). Był on najwyraźniej w bardzo dobrych stosunkach z miejscową populacją Shuarów, którzy wyjawili mu swój sekret w zamian za dobro i uprzejmość, jaką wykazał w ich kierunku. Jaramillo odwiedził potem system tuneli jeszcze co najmniej raz. Przy tej okazji widział „bibliotekę” składającą się z tysięcy wielkich metalowych ksiąg ustawionych na półkach, z których każda ważyła co najmniej 20 kilogramów. Każda strona zawierała na sobie ideogramy, wzory geometryczne oraz inskrypcje. Była też druga biblioteka składająca się z mniejszych gładkich i przezroczystych (najprawdopodobniej kryształowych) tabliczek. Znajdowały się tam ponadto pokryte złotem figury zwierząt i ludzi (niektóre osadzone na masywnych cokołach), ponadto metalowe sztaby o różnych kształtach, jak i zapieczętowane „drzwi” (najprawdopodobniej grobowce), pokryte szeregiem drogocennych kamieni. Był tam również rzekomo znacznych rozmiarów sarkofag wykuty z przezroczystego materiału, w którym spoczywało pozłacane ciało wysokiego człowieka. Mówiąc krótko, jedno z południowoamerykańskich plemion strzec miało tajemnicy skarbu, który ukryto chcąc zachować go dla potomnych w oczekiwaniu na nadchodzący kataklizm. Przy jednej z okazji Jaramillo zdjął z półek siedem ksiąg chcąc przejrzeć ich zawartość, jednakże nie mógł potem odstawić je z powrotem na swe miejsce z racji ich wagi. Były także zbyt ciężkie, aby wynieść je na zewnątrz. Mimo wszystko, Jaramillo nigdy nie dostarczył jakichkolwiek dowodów fizycznych potwierdzających jego opowieści, co może ponadto wskazywać, dlaczego nie wychylał się ze swymi historiami, pragnąc zachować anonimowość. Hall pytał go, dlaczego nie wykonał wówczas zdjęć, jednak „odparł on, że i tak nie byłby to dowód na nic”. Prawdą jest, że inne odkrycia, tak jak słynna Jaskinia Burrowsa z USA, gdzie spoczywają rzekome szczątki afrykańskiego władcy, wraz z wieloma cennymi złotymi przedmiotami udowodniła, że widzieć wcale nie oznacza wierzyć. Jaramillo twierdził jednak, że w jednej z ksiąg ukrytych w metalowej bibliotece zostawił swe inicjały, co w przypadku jej odkrycia mogłoby zweryfikować jego historie. Plany i przeszkody, blaski i cienie Jaramillo i Hall połączyli swe siły chcąc sprawdzić, czy metalowa biblioteka może ujrzeć światło dzienne. Jeden z nich znał bowiem miejsce, gdzie ona się znajduje, zaś drugi miał doświadczenie w organizowaniu podobnych ekspedycji. Na samym początku skontaktowali się oni z wieloma ambasadorami i innym przedstawicielami świata polityki, potem zaś nauki. Plan zakładał, że Jaramillo wskaże im odpowiedni teren, gdzie przez trzy lub cztery miesiące (w czasie pory suchej) prowadzić będą badania, zaś po odkryciu biblioteki skatalogują zawartość sprawdzając ponadto, czy nic nie zostało zrabowane. Wszystko miało pozostać na swoim miejscu, zaś skutkiem wyprawy miał być jedynie report z dalszymi zaleceniami. W 1995 roku pojawiły się jednak pierwsze przeszkody wraz z tym, jak peruwiańskie samoloty zbombardowały ekwadorską bazę wojskową. W 1997 roku Hall próbował promować swą wyprawę na jednej z głównych konferencji antropologicznych, po czym skontaktowało się z nim 6 zainteresowanych sprawą naukowców. W tym samym roku w Ekwadorze doszło do zmiany rządów, ale nie poprawiło to sytuacji Halla, który uznał, że jego rodzina nie może żyć w nowej rzeczywistości politycznej. Wkrótce powrócili do Szkocji. Mimo to miało to nie zaszkodzić ekspedycji. W 1998 roku stało się jednak coś, co znacznie bardziej pokrzyżowało plany Halla. Z rozmowy telefonicznej z matką Petronia Jaramillo dowiedział się, że jego przyjaciel został zamordowany. Nie wiadomo, czy mogło to mieć związek z planowanymi przedsięwzięciami. Mimo to w Południowej Ameryce życie nie jest tak cenne, jak w świecie zachodnim i zdaje sobie z tego sprawę każdy, kto odwiedził ten rejon świata. Motywem zabójstwa był jednak prawdopodobnie rabunek, gdyż w dniu śmierci Jaramillo miał ze sobą sporą sumę pieniędzy. Napastnik zaatakował go na ulicy niedaleko domu, być może zatrzymując swym czynem wyprawę, która mogła mieć dla świata przełomowe znaczenie. Wydaje się zatem, że los pozwolił dwóm mężczyznom wreszcie spotkać się, ale wspólne przedsięwzięcia nie były im pisane. Szukać, szukać, szukać Nie żył już zarówno Moricz, jak i Jaramillo. Hall przekroczył z kolei sześćdziesiątkę. Czy miał sam na własną rękę szukać metalowej biblioteki? Hall nie był przecież poszukiwaczem skarbów. Podkreślał, że region, gdzie jest ukryta jest jak El Dorado. Choć księgi nie były wykonane ze złota (a prawdopodobnie z miedzi, bowiem Jaramillo widział na nich zielonkawy nalot), znacznie więcej było go poza miejscem ukrycia biblioteki. Sam Moricz pojawił się w regionie z racji koncesji na wydobycie złota, lecz jego zainteresowanie metalową biblioteką nie wiązało się już z jej materialną wartością, a raczej historycznym znaczeniem. Jednakże wciąż wszelkiego rodzaju poszukiwacze skarbów starali się dotrzeć do jaskini. Pino Turolla skontaktował się z Jaramillem już w latach 60-tych ub. wieku dzięki tym samym kręgom, poprzez które dotarł doń Moricz. Turolla był ogarnięty obsesją na temat Hali zapisków z proroctw Cayce’ego zaś metalowa biblioteka stanowić miała niepodważalny dowód na nieomylności profety. Mimo to postawa Turolli oraz naciski stosowane na Jaramillę w celu ujawnienia lokalizacji biblioteki spowodowały jego późniejszą niechęć do współpracy z innymi. Turolla poszukiwał jej w pobliżu Cueva de los Tayos i podobnie jak Moricz wrócił z pustymi rękoma. Najbardziej aktywny na polu poszukiwań był współczesny Indiana Jones, Stan Grist, który znał nie tylko Moricza, ale także jego towarzysza Zoltana Czellara, który z kolei dobrze znał Halla. W 2005 roku Grist pisał: „Jestem obecnie na etapie negocjacji z Shuarami zamieszkującymi okolice Cueva de los Tayos, których zgoda jest wymagana na wejście i eksplorację jaskiń. Na najbliższe miesiące planuję ekspedycję w poszukiwaniu sekretnego wejścia do jaskini, z którego dojść można również do słynnej biblioteki. Wiele ludzi dostawało się tam z dobrze znanego pionowego otworu znajdującego się w pobliżu zbocza góry, jednakże sam uważam, że dotarcie stamtąd do biblioteki jest niemożliwe. Sekretne wejście ukryte jest pod wodą.” Hall w odpowiedzi na słowa Grista odparł, że „Jaramillo zawsze twierdził, że wejście ukryte jest pod wodami rzeki, ale nie tej w pobliżu jaskini, ale w rzece Pastaza”. Choć Hall nigdy nie poznał dokładnej lokalizacji biblioteki, po śmierci Jaramilla zorganizował wyprawę wraz z jego synem, Mario, starając się połączyć elementy jego i swojej wiedzy. Wyprawa zakończyła się jednak jeszcze przed dotarciem do miejsca. W maju 2000 roku Hall powrócił do planów. Zaznaczony na zdjęciu kwadrat wskazuje prawdopodobną lokalizację wejścia do sieci tuneli prowadzących do metalowej biblioteki - Gdy przygotowaliśmy się do ekspedycji w latach 90-tych, przy omawianiu tematu odnośnie sprzętu do nurkowania Petronio mówił, że jeśli wejście do kompleksu tuneli rzeczywiście ukryte jest pod wodą, niekoniecznie oznacza to, że możemy tam się dostać – mówił. Hall odwoływał się do wykonanych z powietrza map oraz wiedzy o budowie geologicznej terenu mówił, że sieć tuneli odkryta została dzięki trzęsieniu ziemi. Następnie zostały one wykorzystane do zainstalowania tam biblioteki. Potrzeba współpracy Co stało się potem? Hall miał 64 lata, kiedy po raz ostatni zawitał w region, gdzie miała leżeć biblioteka. Gdy miał 68 lat doszedł do wniosku, że prawdopodobnie nigdy nie zobaczy ostatecznego rozwiązania całej sprawy. Mimo wszystko, nie uznawał wszystkiego za swój własny dorobek i nie chciał popełniać tych samych błędów, co Moricz. 17 stycznia 2005 poinformował on ekwadorski rząd o miejscu, które odpowiada opisom Jaramilla odnośnie lokalizacji biblioteki wyrażając nadzieję, że pewnego dnia wyruszy tam kolejna ekspedycja. Mimo wszystko, dokładna wiedza co do lokalizacji, niekoniecznie oznacza, że odnalezienie biblioteki będzie łatwe. Hall uznał, że sama zmiana stylu i podejścia ludzi do współpracy zająć może całe dziesięciolecia. Twierdził, że ekspedycja z 1976 roku doszła do skutku jedynie dzięki temu, że u władzy znajdowała się wówczas wojskowa junta, a „demokratyczny rząd nie dopuści do zorganizowania jakiejkolwiek ekspedycji”. Najważniejszym czynnikiem jest zatem współpraca i otwartość. Zbyt wiele osób próbowało użyć biblioteki jako dowodu na wsparcie swych własnych teorii, w których przewijali się kosmici, podbijający świat Węgrzy czy Edgar Cayce i jego Komnata zapisków. Być może dlatego wszystkie misje spalały na panewce. My zaś powinniśmy pozwolić, aby legendarna biblioteka mówiła sama za siebie, gdyż odpowiedź na to, kto i dlaczego ją stworzył znajdziemy w niej samej. Przecież to w końcu biblioteka… http://infra.org.pl/historia-/zakazana-archeologia/670-w-poszukiwaniu-metalowej-biblioteki-
Jaskinia Burrowsa: Afrykańskie złoto w USA W 1982 roku, Russel Burrows odkrył w amerykańskim stanie Illinois jaskinię przechowującą rzeczy, które mogły zmienić historię świata. Wewnątrz natrafił on na miejsce pochówku władcy i przedmioty wskazujące, że zarówno on, jak i lud, który je stworzył, przybyli z Afryki... Czy król Mauretanii przybył do Ameryki Płn. w I wieku naszej ery, przekraczając ocean na kilkanaście wieków przed Kolumbem? Jaskinia, którą rzekomo odkrył w roku 1982 Russell Burrows, zawierała złote i kamienne obiekty, szczątki ludzi oraz złoty sarkofag, który łączy się z mauretańskim królem Jubą II. Historia Jaskini Burrowsa mówi więcej o zachowaniu człowieka, aniżeli o archeologii. Jest to historia rzekomej jaskini przechowującej grobowiec afrykańskiego króla, jaki dotarł do Ameryki Północnej w I w. n.e. i o kontrowersji wokół znalezionych tam przedmiotów. Każde odkrycie niesie za sobą pewne niebezpieczeństwa. Wedle pierwszej wersji naszej historii, Russell Burrows przypadkowo odkrywa wzdłuż biegu Little Wabash River w pobliżu swego rodzinnego Olney w stanie Illinois, jaskinię. Jest rok 1982. Poszukując porzuconych pozostałości archeologicznych, odnajduje płytką pieczarę, która wiedzie do podziemnego korytarza, którego to nikt nie spodziewałby się znaleźć na wiejskich obszarach stanu Illinois. Wzdłuż korytarza znajdowały się olejne lampy, sufit zaś czarny był od dymu. Długi na 150 m tunel posiadał po drodze kilka komnat, choć tego, co odkrył, Burrows nie chciał ujawnić. Wedle drugiej wersji, w 1982 r. Burrows obmyślił oszustwo twierdząc, iż odkrył grobowiec, starając się następnie sprzedać kilka kamiennych obiektów, jakie sam wykonał wzorując się na książkach. Tak zwana Jaskinia Burrowsa znana jest ze swej dużej liczby rzeźbionych kamieni, często noszących oblicza postaci przypominających Afrykańczyków, Egipcjan czy Europejczyków lub nawet rdzennych mieszkańców Ameryki. Na pierwszy rzut oka wyglądają siermiężnie, niczym dzieło amatora lub też rzemieślnika, który niedbale wykonał swą pracę, gdy zbliżał się termin. Co więcej, wstępne analizy pisma znalezionego na kamieniach wskazały na mieszaninę, jeśli nie miszmasz różnorakich stylów, słów i języków, które następnie archeolodzy oraz lingwiści szybko okrzyknęli „oczywistym fałszem” („oczywisty” to słowo preferowane przez naukowców, jakiego używają do podkreślenia tego, co mogą odrzucić jako jawną mistyfikację, choć amatorzy dają się temu zwieść). Już w 1983 r. Burrows w miejscowym sklepie ze starociami wystawił małą kolekcję przedmiotów, jednakże jeśli stworzyłby całą kolekcję, jasne jest, że byłoby ich tak dużo, że nie pozbyłby się nigdy wszystkich. Co więcej, aż do 1997r. on lub ktokolwiek inny, nie zrobił na kamieniach pieniędzy. Jeśli Burrows chciał wzbogacić się na tworzeniu tych przedmiotów, jego podstęp był z pewnością źle przeprowadzony. Jaskinia jest jednakże czymś więcej niż tylko zbiorowiskiem rzeźbionych kamieni. Burrows prawdopodobnie odnalazł i odkrył wiele złotych przedmiotów. Te wyglądają na autentyczne i noszą tę samą mieszankę pisma. Można jedynie zastanawiać się, dlaczego Burrows do przeprowadzenia swego fałszerstwa użył tak kosztownego materiału jak złoto. Jeśli to prawda, to istnieją nawzajem się wykluczające teorie dotyczące tego złota. W pewnym momencie Burrows oświadczył, że pewna jego część została przetopiona, a następnie sprzedana. Szwajcarski pisarz Luc Bürgin twierdzi, iż Burrows usunął znaczną ilość złota, przetopił je, a następnie sprzedał, deponując uzyskaną sumę w wysokości 15 mln dolarów na kontach banków szwajcarskich. Jeśli jest to prawda, Burrows w rzeczywistości położył swe ręce na wielkiej ilości złota i zdecydował się sprzedać je za wartość pieniężną kruszcu, nie zaś wartość archeologiczną. Inni z kolei twierdzą, że Bürgin otrzymał ową informację od znajomego badacza, a na potwierdzenie swych przypuszczeń nie posiada żadnych dowodów. Niektórzy sceptycy twierdzą, że „złoto” nie istniało nigdy, to znaczy nie było nigdy przez nikogo widziane. Nie jest to prawdą, gdyż niektórzy badacze na początku je widzieli. Pokazano mi kolorowe fotografie Burrowsa ukazujące przedmioty najprawdopodobniej wykonane ze złota. W moim posiadaniu wciąż znajduje się kilka z tych zdjęć. Inni krytycy utrzymują, że „złoto” było innym metalem pokrytym złotą farbą, aby uczynić przedmioty bardziej realistycznymi. Jeśli mają rację, Burrows stworzył te przedmioty, ażeby oszukać archeologów, naukowców-amatorów oraz media i nie powinien dopuścić nigdy do jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu z nimi lub ich zbadania. Mogłoby to znaczyć także, iż nigdy nie rozpatrywałby on złotych przedmiotów jako sposobu na zarobienie szybkich pieniędzy. Krótko mówiąc, wniosek nie odpowiada innym argumentom sceptyków, jakoby Burrows starał się zarobić na swym fałszerstwie pieniądze. ZŁOTY SARKOFAG I SZCZĄTKI CZŁOWIEKA Jeśli ta historia jest prawdziwa, to Burrows odkrył w pierwszej krypcie ludzki szkielet, należący do mężczyzny. W drugiej komnacie znajdowały się nosze pogrzebowe wraz ze szczątkami kobiety oraz dwojga dzieci. Na żebrach kobiety, w miejscu, gdzie powinno znajdować się serce, leżał złoty grot włóczni. Czaszki dzieci nosiły ślady perforacji. Znalezisko sugerowało, iż kobieta oraz dzieci zamordowani zostali w czasie, gdy zmarł jej małżonek. W sumie znajdowało się tam 12 krypt. Środkowa komnata, zawierająca złoty sarkofag, przysłonięta była kamieniem, który trzeba było odsunąć. Pomieszczenie, włączając sufit, było udekorowane, wszędzie zaś widoczny był marmur. Złoty sarkofag znajdujący się wewnątrz kamiennego grobowca, przywodził na myśl formę pochówku praktykowaną w Egipcie, wykazując ten sam styl przybrania włosów, a także skrzyżowania ramion. W rękach zmarłego znajdował się symbol anch („crux ansata” lub „krzyż egipski" - w mitologii egipskiej hieroglif oznaczający życie, któremu nadano magiczne znaczenie, później jedna z form krzyża). Mówi się, iż Burrows zdołał dostać się do sarkofagu zauważając następnie, że zawiera on szczątki człowieka wraz z pośmiertną maską, najprawdopodobniej także egipskiego pochodzenia. Choć sarkofag był bezcenny, w porównaniu z sarkofagiem Tutenchamona, nie mógł zostać usunięty z jaskini przez Burrowsa oraz pomagającego mu szwagra. Co więcej, Burrows zastanawiał się, czy w wyniku naruszenia miejsca spoczynku zwłok znalezionych w jaskini lub też ewentualnego sprzedania znalezionych tam przedmiotów, czekać go może postępowanie karne. Sceptycy rzadko odnoszą się do tej części historii, gdyż twierdzą, że jeśli nigdy nie było żadnej jaskini, stąd też nie było i sarkofagu i znalezionego tam szkieletu. REAKCJE NA ODKRYCIE Załóżmy, że jaskinia istnieje, aby przekonać się jak daleko posunąć się mógł w jej eksploracji Burrows. Jego sytuacja była niezwykle złożona: nie był on w zupełności przygotowany na takie znalezisko (bo któż byłby?), a jego ryzykanctwo nie pomagało w sytuacji, gdzie cierpliwość była cnotą. 27 lipca 1984 r. miejscowa gazeta „Olney Daily Mail”, opublikowała krótki artykuł identyfikujący Burrowsa jako odkrywcę jaskini, podając jednak mało informacji za wyjątkiem wzmianki: „uniwersytet (z jakim był on w kontakcie), najprawdopodobniej w przyszłym roku rozpocznie wykopaliska. W tym czasie podanych zostanie więcej informacji.” Choć Burrows szukał pomocy w świecie naukowym, spotkała go z jego strony niejednoznaczna reakcja. Wkrótce potem do jego drzwi pukać zaczęli „archeolodzy-amatorzy”, z których każdy niemalże natychmiast chciał obejrzeć jaskinię. Przypominało to sytuację osoby ze złamaną kończyną, którą każdy pyta, czy może zobaczyć lub podpisać się na jej gipsie. W pewnym momencie osoba mówi „nie”, ponieważ zdaje się jej, że nikt nie jest zainteresowany nią, a jedynie gipsem. Burrowsowi zdawało się, że zainteresowanie wszystkich skupiło się na jaskini i nie mieli oni jakiegokolwiek uznania dla jego własnych potrzeb, często nawet nie pytając o nie. Osoby wykazujące tą postawę, odchodziły stamtąd rozczarowane i urażone, ponieważ Burrows odmawiał współpracy, toteż często podnosiły się kpiące głosy. Niektórzy uważali nawet obecność Burrowsa za drugorzędną. Próba zareklamowania jaskini miała miejsce w 1994 r., gdy Harry Hubbard oraz Paul Kelly stwierdzili, że starożytny alfabet znaleziony na kamieniach jest kombinacją łacińskiego i etruskiego pisma. Inskrypcje ujawniły, jak twierdzili, że w Illinois pochowany został Aleksander Wielki. Tym, co odróżniało Hubbarda i Kellego od głosicieli przeciwnych teorii, były ich ataki na każdego, kto się z nimi nie zgadzał. Twierdzono także, że zdawali się oni „spędzać więcej czasu na poszukiwaniu sponsorów i sprzedaży filmów domowej roboty”. Nie potrzebowali Burrowsa, bo zdecydowali się odnaleźć grobowiec sami. Byli oni typowymi przykładami spośród całej grupy osób, które starały się wykorzystać jaskinię do zdobycia korzyści majątkowych, sławy lub potwierdzania swych teorii, najczęściej łącząc to wszystko w jedną zabójczą miksturę. Russel Burrows W kategorii „teorii”, znajduje się też Joseph P. Mahan, autor wydanej w 1983 r. książki pt. „The Secret” („Sekret”), który w wykładzie z 1991 r. zasugerował, że jaskinia powiązana była ze „związanymi ze słońcem na wpółboskimi jednostkami, potomkami nieśmiertelnych ojców, którzy przybyli na Ziemię w statkach z ognia, rezydowali tu przez jakiś czas, podnosząc poziom odnalezionych tu homonidów poprzez modyfikowanie genów ich dzieci, tworząc w ten sposób pokolenie hybryd”. Ten bezsensowny wniosek nie bazuje na niczym, co powiedział kiedykolwiek Burrows, ale jasne jest, iż położył cień na jego wizerunku oraz jaskini. Kolejnym przykładem tego, jak jaskinia stała się miejscem do bitew dla innych, jest historia Richarda Flavina, który używał jaskini do prześladowania Franka Josepha. Przez ponad 15 lat Joseph nie miał z przypadkiem nic wspólnego, było tak do momentu gdy jako publicysta „The Ancient American” zainteresował się nim, publikując w rezultacie książkę („The Lost Treasure of King Juba”, 2003 – „Zaginiony Skarb Króla Juby”). Jednakże Flavin, zamiast tego, skupił się na przeszłości Josepha jako neonazisty [na początku lat 70-tych ub. wieku] i użył tego jako amunicji do „udowodnienia”, że każdy kto sugeruje prawdziwość jaskini, jest neonazistą. Flavin spotkał Burrowsa przy kilku okazjach, ale jego interpretacja zdarzeń jest w najwyższym stopniu fałszywa, przypominając postępowanie chrześcijańskich misjonarzy w krainie „dzikusów”, aniżeli naukowe podejście do tematu. W końcowej analizie, historia Jaskini Burrowsa jest typowa jak dla znaleziska tego typu. Wystarczy spojrzeć na podobne znaleziska i zmienić nazwę, a generalna linia rzadko zmieni się. Zwykle dochodzi do sporu, zaś eksperci naukowi szybko odrzucają znaleziska, które im pokazano, jako „jawne oszustwo”. Przegrywając walkowerem, przedmioty te nie mogą być autentyczne, gdyż wszyscy „wiemy”, że to Kolumb jako pierwszy dotarł do Ameryki. Wnętrze jaskini Burrowsa Gdy przyszło do amatorów, Burrows nie był przygotowany, ani nieświadomy skali wewnętrznych walk oraz kontrowersji, jakie pojawiły się w większości amatorskich organizacji, choć kręgi zainteresowane zjawiskiem UFO, tajemnicą Rennes-le-Château oraz kręgami zbożowymi, jak na razie z łatwością górują nad „wichrzycielami” (czyli tymi, którzy docierają na Nowym Świecie do dowodów, które świadczą o wczesnych transoceanicznych kontaktach między Starym a Nowym Światem). Burrows rzucił kość, psy zaś walczyły o nią do czasu, aż pożarły jego wraz z jego historią. TESTY GEORADAREM Na nieszczęście, osobiste rozczarowanie Russella Burrowsa popchnęło go ku wysadzeniu wejścia do jaskini. Zrobił to rzekomo w 1989r., na trzy lata przed tym, jak ukazała się książka pt. „The Mystery Cave of Many Faces” („Tajemnicza jaskinia o wielu twarzach”, napisana wraz z Fredem Rydholmem). Jest to niezwykle powściągliwa relacja o odkryciu przez niego jaskini oraz znajdujących się w środku przedmiotów – czymś, co było w tej sprawie słowem decydującym. Choć Burrows niejednokrotnie twierdził, iż stracił zainteresowanie swym odkryciem (głównie z powodu trudnych we współpracyludzi, z jakimi przyszło mu się zetknąć), wciąż wraca do niego, jak do miłości z dawnych lat. Fakt, że nie mógł jej opuścić, choć nie znajdował już tam nic dla siebie, jest być może najlepszym dowodem na to, że Burrows dokonał autentycznego odkrycia. Gdy jego znalezisko narodziło się jako grunt do zrobienia pieniędzy w roku 1982, w 1992 stało się od dawna porzuconą nadzieją. Historia jednak nie kończy się tutaj. W 1993 roku, przedstawiciele odmiennej linii myślenia znaleźli nowe miejsce odniesienia - „The Ancient American”, który w ciągu następnego dziesięciolecia kontynuował temat jaskini. W 1999 r. wydawca i założyciel magazynu, Wayne May zadecydował, że jeśli nikt inny nie był w stanie poczynić w sprawie jakichkolwiek postępów, uczyni je on sam. Przez minione sześć lat, rozmawiając z człowiekiem i wysłuchując go, May skłonił Burrowsa do podpisania kontraktu oraz do ujawnienia i pokazania mu miejsca, w którym znajduje się jaskinia, mimo swych początkowych wątpliwości co do tego, iż Burrows skłamał, mówiąc o miejscu i w rzeczywistości zostawił fałszywy trop. Muszę przyznać, że na podstawie mych osobistych kontaktów z Burrowsem w 1992 i 1993 stwierdziłem, że jest honorowym człowiekiem. Jeśli już coś obiecał, z pewnością zrobiłby to (znak dla krytyków, aby nie naśmiewać się z czegoś, co według nich jest moją „jawną” nieostrożnością). Właśnie to samo, jak się zdaje, czuł May. Tak więc, mimo swej początkowej niechęci, May poznał ostatecznie miejsce, gdzie zlokalizowana jest jaskinia oraz poprowadził dalej swe badania. Jego georadar wskazał, że w tamtym miejscu rzeczywiście znajduje się jaskinia. Jedynym problemem było dotarcie do niej, mając na uwadze to, że 10 lat wcześniej eksplozja wywołana przez Burrowsa zniszczyła wejście. Niestety – okazało się wkrótce, że eksplozja nie tylko odcięła dostęp, ale i naruszyła wnętrze tunelu. W czasie wielu prób Maya mających na celu dostanie się do środka, za każdym razem napotykał on znaczne ilości wody. Wskazywać to mogło, iż eksplozja zmieniła najprawdopodobniej bieg podziemnej rzeki, w wyniku czego woda wdarła się do podziemnego kompleksu. Stąd też wydawało się, że ocalenie stamtąd czegokolwiek może być niezwykle trudne i wykraczać w większości poza możliwości Maya. SCEPTYCY KONTRA POSZUKIWACZE PRAWDY W skrócie, jest to historia licząca sobie około 25 lat, która niemalże każdego, kto się z nią zetknął obdarzyła opinią. Zbyt łatwym wydaje się okrzyknięcie Burrowsa fałszerzem. Ludzie, którzy znali go i pracowali z nim, mówili o nim wiele rzeczy, choć nigdy nie okrzyknęli go mistyfikatorem, czy kłamcą. Wykazywał on wybuchowy temperament i czasem nie był najlepszym sędzią. Jednakże wady charakteru Burrowsa mają w tej historii znaczenie drugorzędne. Jego krytycy skupili się na nich szczególnie, podczas gdy powinni raczej zwrócić uwagę na to, czy mógł on w rzeczywistości sfabrykować kamienne przedmioty, nie wspominając już o wielkiej ich liczbie. Kolejny z przedmiotów znalezionych w jaskini Gdybyśmy znaleźli się w tej samej sytuacji, końcowy rezultat byłby ten sam, gdyż w naturze podobnych temu odkryć leży to, w jaki sposób na nie reagujemy, toteż skłaniają się one do dawania podobnego rodzaju wyników. Sceptycy mogą nazywać to „jawnym oszustwem”, zaś zwolennicy „jasnym dowodem”, dowodząc ostatecznie swych własnych argumentów, jakiekolwiek by nie były. Tak też los jaskini był już przypieczętowany wraz z chwilą, gdy Burrows wczołgał się do niej. Gdzie zatem dochodzimy? Ku rozpaczy sceptyków, powinni oni wyjść z dowodem większym, aniżeli „oczywiste” oświadczenia. Nie ma dowodu na to, że Burrows sfałszował kamienie. Krytycy spierali się, że znany był on z prac w drewnie i z tworzenia w wolnym czasie drewnianych przedmiotów. Widzą to oni jako „dowód” na to, że sfałszował kamienie. Jednakże co ważniejsze, istnieją dowody, że w miejscu, na które wskazał Burrows i gdzie ma znajdować się rzekoma jaskinia, znajduje się system jaskiń. Jeśli sprawa nie jest prawdą, sceptycy powinni dostarczyć dowodów, nie zaś w nieskończoność zastępować je słowem „oczywisty”. Jednakże jeśli nawet rzeczywiście znajduje się tam system jaskiń, stracony jest być może on dla nas na zawsze. Jakakolwiek operacja przedsięwzięta w celu dostarczenia jednoznacznej odpowiedzi, może pochłonąć niewyobrażalną sumę pieniędzy, którymi w takiej kwocie „dysydenci” nie dysponują. Tak więc zdaje się, że establishment wygrał po raz kolejny. Być może to jedyna oczywista rzecz wynikająca z całej historii. ZE STAREGO ŚWIATA DO NOWEGO Jaki płynie z tego wniosek dla nas? Czy złoty sarkofag znaleziony rzekomo w jaskini w Illinois, może być dowodem na transoceaniczne podróże w epoce prekolumbijskiej, odbywane zdaniem wielu, na linii „Stary Świat” – Ameryka? Gdy Burrows opisał wygląd jaskini i jej zawartość, dzięki wysiłkom Jamesa Schertza i Freda Rydholma, usunięto z niej większość przedmiotów. Przyglądali się im różni naukowcy, zaś archeolodzy szybko dostrzegli składające się na nie komponenty. Jednakże wiele kultur to w rzeczywistości kulturowe tygle! Londyn czy Nowy Jork to najlepsze dowody tego, w jaki sposób różne kultury tworzą nową. W starożytności nie było inaczej, zaś najlepszym dowodem zdaje się być Aleksandria. Ważną wskazówką jest, iż niektóre z kamiennych płyt posiadały znaki znane w Starym Świecie. Należały one do Aleksandra Heliosa, syna Kleopatry i Marka Antoniusza, brata bliźniaka Kleopatry Selene, przyszłego współwładcy Mauretanii (w zachodniej części Sahary). Jest to pogląd wywodzący się od Hubbarda i Kellego. Wśród grupy archeologów-amatorów Burrowsa znajdowali się Jack Ward i Warren Cook, zmarły w 1989r. Analiza, której Cook poddał przedmioty, doprowadziła go do wniosku, że ich stworzenie kosztowałoby tysiące godzin. Co więcej, Cook, kontynuując analizę Warda dotyczącą ich prawdopodobnego pochodzenia twierdził, że najprawdopodobniej były one pozostałościami libijsko-iberyjskiej ekspedycji. Wedle jego wskazań, człowiekiem odpowiedzialnym za wyprawę był król Ptolemeusz I (ok. I p.n.e. – 40 n.e.), syn Kleopatry Selene oraz król Juba II (52-50 p.n.e. – 23 n.e.). Czy było to możliwe? Władcy Mauretanii czuli się niepewnie w stosunku do Rzymu w związku z tym, jaką potęgą militarną stała się Mauretania, czyniąc ważnym to, kto był pod jej kontrolą. Gdy Imperium Rzymskie zdecydowało się przywrócić równowagę, mauretański król Juba II i jego rodzina musieli salwować się ucieczką. Możliwe jest, że skorzystał z wiedzy o podróżach morskich, jaką zgromadzili jego przodkowie, Fenicjanie. Znał lokalizację Azorów, z których dobra był w stanie sprzedać po wysokich cenach nie tylko w Rzymie. Jeśli więc przedmioty z Jaskini Burrowsa są prawdziwe, a interpretacja poprawna, możliwe jest, iż mauretańska rodzina królewska, opierając się na informacjach Fenicjan, udała się na Zachód, poza Azory, do Ameryki. Jeśli wylądowali oni w Środkowej Ameryce, zapewne przekroczyli Mississippi, podróżując dalej na północ aż do Illinois, gdzie osiedlili się z dala od niepokojów Starego Świata. Odnalezione w Jaskini Burrowsa przedmioty nie są jedynym dowodem obecności zagadkowych ludów w pierwszym stuleciu naszej ery. Zgodnie z legendą rdzennych Amerykanów, region zawiera szczątki króla, który przybył spoza kontynentu. Niegdyś szczep wiedział o tym miejscu, ale teraz informacja została zapomniana. Czy miejscem tym jest Jaskinia Burrowsa? Co więcej, wiadomo, że Juba II nakazał sporządzenie złotego sarkofagu, który miała zostać umieszczony w mauzoleum zbudowanym dla niego w Tipazie (w dzisiejszej Algierii). Był to jeden z cennych nabytków, jakie Rzymianie starali się przejąć, ale nigdy nie udało się im wejść w posiadanie sarkofagu mauretańskiego króla. Na temat losu obydwóch, historia milczy. Oczywiste wydaje się jednakże, iż król Juba II musiał umrzeć, zaś jego sarkofag musi być gdzieś umieszczony. Być może jest to Illinois. Zdaje mi się to jasnym, logicznym wytłumaczeniem, zaś logika może być wszystkim, na czym opierać możemy się w najbliższej przyszłości. http://infra.org.pl/historia-/zagadki-dziejow/764-jaskinia-burrowsa-afrykaskie-zoto-w-usa